Poprzedniego dnia po prostu dotrzymywałam słowa; przecież nie rzucam ich na wiatr. Dziś znalazłyśmy się tutaj razem z powodu mojej zachcianki i ożywionej akceptacji tego pragnienia. Tym razem byłyśmy w moich klimatach. Elektryzujące dźwięki trąbki, kojący saksofon i hipnotyzujący bas. Nie byłyśmy tutaj same. Przyszłyśmy razem z moją ekipą, która również ochoczo znosiła moje pomysły. Każdy był stęskniony za moim egocentryzmem. Między stolikami, na prowizorycznym parkiecie rytmicznie bujali się inni nieznajomi. Iga poddawała się moim krokom bez sprzeciwu. Od razu było widać, że tutaj czuje się mniej pewnie niż wczoraj, wśród tłumu skaczących małpek. Znała tę muzykę, te kroki, przecież nie wybrałabym byle kogo, ale wiedziała, że ja znam je lepiej. Być może oddałabym jej prowadzenie, gdyby tylko zechciała je przejąć, ale nie paliła się do tego, więc wykorzystywałam swoją przewagę w bardzo sugestywny sposób.
Grali smooth jazz, który jest jak delikatne pociągnięcia pędzla na drugiej warstwie obrazu. Jakby ktoś pieścił twoje uda opuszkami palców, bez pośpiechu, z namysłem. Smooth - dla mnie - gra wstępna. Jeszcze bardziej intymnie, jeśli to możliwe, tańczyłam między ludźmi prowadząc moją partnerkę, zagadując ją czymś zupełnie bezsensownym. Tanie w tym wypadku nie miał nic wspólnego z relacją. Śmiałyśmy się co chwilę, aż w końcu utwór się skończył.
- Przerwa ? - zaproponowałam. Nie dlatego, że czułam się zmęczona, lecz pomyślałam o reszcie, która również pragnęła mojej uwagi.
- Chętnie - przytaknęła i ruszyła przodem, rytmicznie stawiając kroki. To w niej lubiłam, wczuwała się w klimat, nawet jeśli byłby jej obcy. Zmusiłam ją do piruetu tuż przed naszymi kanapami i pozwoliłam usiąść.
- Witam państwa ponownie - zaczęłam.- Na pewno nikt z was nie chce się ze mną pobujać?
- Nawet gdyby, to bałbym się, że mnie tam pożresz tą swoją intensywnością - odpowiedział Feliks.
Cała grupa wybuchła śmiechem. Dobrze rozumiałam o co chodzi, ale udałam dotkniętą.
- Tchórze - dodałam tylko, żeby wiedzieli, iż nie podoba mi się ich podejście.
- Mae, przecież prawie nikt z nas nie potrafi tańczyć - odezwał się Rafi - cały czas byś się na nas złościła.
- Wcale... No dobrze, może na ciebie - uśmiechnęłam się na wspomnienie naszego wypadu na bal charytatywnym. Rafi był jak głaz, nie dało się do niego przemówić. Zastanawiałam się jak jego dziewczyna może z nim w ogóle pokazywać się na parkiecie!
- Mniejsza już o nasze tańce, mam Igę - pogłaskałam ją po głowie, na co oczywiście zaprotestowała. - Co dziś proponujecie? Whisky?!
- NIE!!! - odpowiedzieli chórem. - Kobieto, daj nam chociaż czasami wypić coś ludzkiego.
- Pfy, nie rozumiem tego zdania - usiadłam obok Sam, na przeciwko Igi.
- Nigdy nie zrozumiesz - odparł Rafi, człowiek mediator. - Może dacie tym razem zadecydować mi?
- Wykluczone - odezwała się jego dziewczyna.
- A to czemu? - spojrzał na nią czule. Odwróciłam wzrok, przechodziły mnie od tego ciarki.
- Cicho, ja wybieram - zadecydował Feliks.
- Haha, no jestem bardzo ciekawa co tym razem nam zaproponujesz.
- Dla mężczyzn Rocket Fuel, dla pań Long Island Ice, a dla ciebie B- 52 - zaśmiał się patrząc wyzywająco.
- O nie nie, przecież to nie sprawiedliwe, będę musiałą tego wypić dwadzieścia razy więcej niż wy drinki! - zaprotestowałam. W B-52 było spektakularnego tylko to, że trzeba go wypić nim zgaśnie.
- W takim razie, co powiedzie na Kolorowe wściekłe psy?
- I to rozumiem! - aż wstałam, żeby pobiec zamówić.
- Mae, czekaj! My zostaniemy przy drinkach - powiedziała dziewczyna Rafi. Popatrzyłam na niego by się upewnić, czy mam słuchać tej kobiety. Kiwnął mi głową.
- Cieniasy - prychnęłam.
- W sumie, to ja też zostanę przy drinku - dodała Sam.
- Ty też?! Co się z wami stało przez te dwa miesiące?! - potrząsnęłam moją przyjaciółką, nie mogłam uwierzyć, że i ona postawiła na sączenie.
- Nie martw się, ja z tobą wypiję Wściekłe psy - powiedziała Iga.
- To tak jakbym rozpijała małoletnich - westchnęłam i usiadłam z powrotem.
- Przypominam ci, że mam dwadzieścia lat - uśmiechnęła się Iga i pociągnęła mnie za rękę.
- Dobra, dobra, nie chwal się tak tym na prawo i lewo - ruszyłam za nią.- Feliks, ty też pijesz Wściekłe psy, prawda? - wyszczerzyłam się do niego i nie czekałam na odpowiedź.
Szłam skocznym krokiem za Igą nie oglądając się za bardzo dookoła. Nie interesowały mnie dziś obserwacje, chciałam się po prostu dobrze bawić ze znajomymi.
- Pięć kolejek "Kolorowych Psów" - tu pokazałam mu, które sześć smaków wybieramy - dwa LIIS i RF - krzyknęłam do młodego barmana, który spojrzał na naszą dwójkę nieco zaskoczony. - Jakbyś mógł przynieść to tam- wskazałam na nasze kanapy, które mieściły się w równej odległości od sceny, co baru. Kiwnął głową.
- Jakiś nowy - stwierdziła Iga.
- Chyba tak. Tyle się tutaj zmienia.
- Ty się nie zmieniasz - zaśmiała się i okręciła się wokół mnie.
- Masz ochotę jeszcze zatańczyć?
- Za chwilę, posiedźmy z resztą. W końcu przyszli tutaj dla ciebie - miała rację.
Znów przeciskałyśmy się między ludźmi, którzy nie wiedzieli co ze sobą począć. Odwróciłam się przez ramię, bo miałam wrażenie, że ktoś woła moje imię, ale musiało mi się wydawać, bo nie dojrzałam nikogo znajomego.
- Naprawdę zamierzacie to wypić tylko w trójkę? - spytała dziewczyna Rafi, kiedy kelner przyniósł nam moje zamówienie.
- Skądże! Machnęłam ręką. Pomożecie nam - uśmiechnęłam się do niej najmilej jak mogłam. Popatrzyła na mnie jak na szaleńca i szepnęła coś do swojego partnera. Nie przepadała za mną, a może inaczej, obawiała się mnie. Była zazdrosna o Rafi i uporczywie starała się trzymać go jak najdalej ode mnie. Co oczywiście było niemożliwe!
- Mae - szturchnęła mnie Sam. - Powinnaś uważać. Popatrzyłam na nią, nie do końca rozumiejąc o co chodzi. Spostrzegła to w moich oczach, a ja dostrzegłam co innego w jej. Nagle zmieniła zdanie. Ostatecznie powiedziała mi co innego, niż zamierzała. - Po prostu pamiętaj, że musisz odprowadzić mnie i Igę do domu - uśmiechnęła się i wzięła rurkę między wargi. Udałam, że wierzę.
- Oczywiście, spokojna głowa - również się uśmiechnęłam, biorąc do ręki kieliszek na którego dnie była czarna porzeczka. - To smacznego - przechyliłam szkło i wypiłam całość. Moi towarzysze zrobili to samo, prawie, bo dokładnie to samo zrobiła tylko Iga i Feliks.
- Nie najgorsze - zauważył i sięgnął po następne.
- Zawody? - popatrzyliśmy sobie w oczy.
- Kto pierwszy wypije ten wygrywa. Przegrany stawia kolejną kolejkę plus musi zaprosić jakąś dziewczynę do tańca - zarządził.
- Sam, mówisz start.
- Iga, ty się chyba w to nie bawisz? - Rafi spojrzał na nią zatroskany.
Dziewczyna przez chwilę patrzyła na kolorowe kieliszki, widocznie zastanawiała się, na ile ma szanse.
- Dobra, też gram.
Ucieszyliśmy się z Feliksem jak dzieci i chwyciliśmy pierwszy kieliszek w dłoń.
- Gotowi? Start - Sam machnęła ręką na znak, że możemy zaczynać.
Chwytaliśmy kolejne szkła, odstawiając poprzednie z głośnym stuknięciem. Pięć kieliszków, pięć kolorów i szczypanie w gardle.
- Ha, wygrałam! - krzyknęłam, ułamek sekundy przed Feliksem, który zrobił to tuż po mnie. Spojrzeliśmy triumfalnie na Igę, która miała załzawione oczy. Nie ze szczęścia czy smutku bynajmniej.
- Hej, hej, wszystko w porządku?- spytałam przesiadając się, by być tuż obok niej.
- Jasne, po prostu przeceniłam swoje możliwości - chrząknęła.
- Haha, nie martw się, Feliks na początku też tak miał.
- Co? Ja? - kopnęłam go w kostkę pod stołem. - A tak, tak, początki są trudne - popatrzył na mnie wilkiem. Jakże to do niego pasowało!
- Dobra, przestańcie mi mamusiować - oburzyła się nasza najmłodsza członkini. - Przegrałam i przyznaję się do porażki. Idę kupić kolejną kolejkę.
- Nie daj spokój - zatrzymałam ją na kanapie. - Mamy jeszcze dwie. Przecież te cioty tego nie wypiją - wskazałam na resztę mojej ekipy.
- W takim razie zostało mi zaprosić jakąś dziewczynę do tańca.
- W twoim przypadku może być chłopak - Feliks puścił jej oczko.
- Nie, nie, miała być dziewczyna - no i nasz "chłopak" przegrał swoje zaloty. - Mae? Mogę prosić?
- Haaa, oczywiście, że możesz!
- To nie sprawiedliwe - krzyknął Feliks.
- Też mogłeś mnie zaprosić do tańca - pocieszyłam go.
- Kiedy ja chciałem z Igą - poskarżył się.
- Iguś, odstąpię temu smutnemu szczeniaczkowi taniec, co ty na to.
- Niech będzie - zgodziła się bez wahania.
Feliks radośnie przeskoczył przez stół, wyciągnął do niej dłoń i porwał ją na parkiet.
- Chyba nie zamierzacie dokupować kolejki?
- Sam, przecież mnie znasz! Gdybym piła z tobą, to kupiłabym jeszcze pięć, ale z tą dwójką? - wskazałam na tańczącą parkę. - Nie chcę by temu maleństwu coś się stało, a Feliks sobie poradzi, ale lepiej, żeby nie psuł nam reputacji tutaj, lubię ten lokal.
Sam uśmiechnęła się i wtuliła w moje ramię.
- Bez ciebie już nie jest tak zabawnie w tych "tutaj", wiesz?
- Wiem, wiem - pogłaskałam ją po ramieniu. Ostatnio miała ciężki czas, więc mogła być nostalgiczna, pozwalałam jej na tę chwilę zadumy.
- Rafi, kiedy robimy jakiś wypad?
- Nie wiem, ostatnio mam całkiem sporo na głowie - zaczął wiercić się w miejscu. To był nasz sygnał.
- Jaki wypad? - zaciekawiła się jego dziewczyna?
- Żaden, jak zwykle głupoty plotę - zbyłam ją machnięciem dłoni, co jej się nie spodobało, ale przynajmniej nie dopytywała dalej.
Zaczęłam rozmawiać z Sam a w tym czasie nasza dwójka się wytańczyła i wróciła do tańca.
- I jak się czujemy po tańcu?
- Wyśmienicie - odparli równocześnie i zaczęli się śmiać. Faktycznie musieli się dobrze bawić, cieszyło mnie to.
- To ekstra. Iguś musisz dokończyć swoją kolejkę a my z Feliksem wypijemy te dwie, których nikt nie chce - podsunęłam mu sześć kolorowych kieliszków.
- Tym razem się nie ścigam - powiedział poważnie.
- Dobrze, dobrze, nie musisz.
I znów zaczęliśmy rozmawiać całą szóstką. Śmialiśmy się i wygłupialiśmy. Ludzie tylko czasami patrzyli w naszą stronę. Tubylcy szybko nas rozpoznali, zaś reszta była zbyt otępiała by jakkolwiek na nas zareagować.
Ostatni taniec był nasz - mój i Igi. W końcu zdecydowała się prowadzić. Może nie ona, co alkohol zdecydował za nią, ale w tamtym momencie nie miało to większego znaczenia. Liczy się tylko rytm, któremu podporządkowywały się nasze kroki, nasze biodra.
Znów wydawało mi się, że ktoś mnie woła. Poczułam mocną, znajomą mi woń, ale nie byłam w stanie na tyle skupić na tym uwagi, żeby zlokalizować posiadacza tej woni.
Iga zgrabnie przechodziła z jednej figury w drugą, prowadząc mnie za sobą. Idealnie wpasowywała się w momenty, by móc znaleźć się jak najbliżej mojego ciała. Korzystałyśmy obie. Przyciągnęłam ją do siebie, lekko, z wyczuwalną troską. Widziałam, że jej oczy skupiają się na czymś, czego nie było w tym pomieszczeniu. Zastanawiałam się, jak to możliwe, że tak doskonale radzi sobie teraz w tańcu, skoro prawdopodobnie już nie wie, gdzie się w ogóle znajduje. Nie szkodzi - stwierdziłam pogodnie, obracając ją do siebie tyłem i obejmując ramionami.
Szepnęłam jej coś na ucho, ale nie odpowiedziała. Nie mówiła nic już od dłuższego czasu. Prócz tego momentu, kiedy zażądała, że mam iść z nią tańczyć.
- Iguś? - szepnęłam znów.
Niewielu już miało siłę tańczyć. Ludzie powoli się rozchodzili. Wychodzili, jeden po drugim. Muzyków zastąpiono głośnikami, z których snuł się w miarę czysty dźwięk. Co jakiś czas ktoś szurał krzesłem lub gubił pieniądze. Moja ekipa zaczęła machać na mnie ręką na znak, że czas i na nas.
- Musimy iść - powiedziałam do mojej partnerki, ale nie zareagowała. Wtedy spostrzegłam się, że zwyczajnie przysnęła, opierając plecy o mnie. Machnęłam ręką do Rafiego - wskazując na Igę. Rozumiał od razu. Był z nas największy i najsilniejszy.
Wziął ją na ręce.
Noc była już późna. Chłód pełzał po ulicach, uciekając od rzeki w stronę trochę cieplejszego zabudowania kamienicy. Wokół panowała cisza, tylko co jakiś czas dało się słyszeć jak jakiś kot wyskakuje z kontenerów na śmieci. Księżyc rzucał żółtawą poświatę, która podsycała słaby blask lamp. Echo odbijało po tysiąckroć nasze kroki, które były jedyne w tej okolicy.
- Niesamowite - stwierdziłam.
- Co takiego? - spytała Sam, będąc widocznie zmęczona.
- Iga, zasnęła, a mimo to nadal bujała się w takt.
- Prawdopodobnie to ty nią bujałaś...
- Oj, daj się chociaż chwilę pozachwycać.
- Dobrze, że niedaleko mieszka - rzucił Rafi.
- Wziąć ją od ciebie?
- Po co, żeby za chwilę mi ją oddać.
- Dzięki, mam trochę więcej siły wiesz!
- Nie krzycz, wiem, i wiem też, że obecnie alkohol troszeczkę zaburza ci ocenę twoich umiejętności.
- Nie jestem pijana, jeśli to sugerujesz.
- Nie sugeruję. Mówię tylko, że mimo wszystko nawet twój organizm nie wypłukuje alkoholu w kilka sekund.
Obruszyłam się, jak mógł mówić, że jestem słaba?! No jak?! Mimo wszystko wiedziałam, że ma rację. Dwie kolejki Kolorowych psów, z czego jedna prawie na raz, to jednak musiało mieć wpływ. Wiedziałam, że świat ma trochę inną konstrukcję niż mi się w tamtej chwili wydawało, ale nigdy nie lubiłam przyznawać się do tego, że jestem upita. Chociaż nawet wtedy nie byłam tak klasycznie pijana. Wiedziałam gdzie się znajduję, kim jestem, dokąd zmierzam. Jak zawsze. Tylko miałam jeszcze więcej powodów do szczęścia i możliwości podjęcia nie do końca rozsądnych decyzji.
Otworzyliśmy drzwi kluczem, który wyciągnęliśmy z kieszeni jej kurtki. Dobrze, że wszyscy wiedzieliśmy gdzie Iga ma pokój. Przeszliśmy tam najciszej jak się dało, położyliśmy ją na łóżku.
- Myślisz, że powinnam ją przebrać?
- Niee, za niedługo się obudzi to sama zdecyduje. Ludzie nie lubią budzić się w innych ubraniach niż zasnęli. Pewnie i tak będzie zachodzić w głowę jak dostała się do domu - jak zwykle pełen wywód ze strony Sam.
- OK - podeszłam do Igi, ściągnęłam jej buty i kurtkę. Przekręciła się na drugi bok, ale nadal spała. Przykryłam ją kocem, który leżał złożony w nogach łóżka. - Myślę, że przydałoby się przynieść tutaj jakąś wodę i miskę.
- Racja, zaraz przyniosę miskę - Rafi doskonale wiedział co gdzie jest. - Ty idź po wodę.
Przeszłam przez przedpokój i weszłam do kuchni, zapaliłam światło nad kuchenką. Stały na niej brudne garnki z jakimiś resztkami nie najświeższego jedzenia. Po podłodze walały się szczątki jakiejś szklanej butelki. Biedne maleństwo - pomyślałam. Otworzyłam kilka szafek po kolei. W końcu znalazłam szklankę i tabletki. Przez chwilę szukałam jeszcze butelki z wodą, ale nigdzie takiej nie dostrzegłam. Nalałam wody z kranu do kubka i poszłam z powrotem do pokoju. Postawiłam kubek i tabletki na prowizorycznym stoliku. Rafi już przyniósł miskę i ręcznik.
- Tutaj się chyba nasza rola kończy - rzekł cicho wycofując się w stronę drzwi.
Nachyliłam się jeszcze raz nad Igą i ucałowałam ją w czoło.
- Trzymaj się mądralo - szepnęłam.
Nagle usłyszeliśmy jak w drzwiach przesuwa się klucz.
- Cholera - rzekliśmy wszyscy razem. Gdyby ktokolwiek z jej rodziny zobaczył nas tutaj o tej porze wszczęłaby się niezła awantura. Szanse na pokoje wyjaśnienia były raczej małe, więc całą trójką rzuciliśmy się w stronę okna. Rafi skoczył pierwszy, żeby złapać Sam, która jak zwykle lekko panikowała, chociaż w młodości robiła bardziej szalone i akrobatyczne rzeczy. Stojąc na parapecie domknęłam okno najbardziej jak się dało i również skoczyłam na dół.
- Dobrze, że mieszka nisko - zaśmiałam się. Przebiegliśmy przez podwórze udając się w stronę domu Sam.
Mój był najdalej, więc mogłam odprowadzić wszystkich.
Przed drzwiami czekał na mnie Kot Niezdara. Machał ogonem w prawo i w lewo, nie zamierzając do mnie podejść. Zdziwiłam się, że widzę go tutaj o tej porze. I może, gdyby nie resztki oparów alkoholowych w moim umyśle, to jego obecność wzbudziła by moją czujność. Tym razem jednak pozostałam przy samym zdziwieniu.
Otworzyłam drzwi i po wejściu do domu powiesiłam płaszcz na haczyku. Przejrzałam się w lustrze, wyglądałam dobrze jak na tak późną porę i takie przygody po drodze. Uśmiechnęłam się do siebie i poszłam do kuchni. Nastawiłam czajnik, postanowiłam jeszcze napić się czegoś ciepłego. Zastanawiałam się, czy opłaca mi się jeszcze kłaść. Była już taka pora, że za niedługo i tak pewnie bym wstała. Z takimi rozmyślaniami ruszyłam w stronę ganku, na którym miałam zapas wody i wyjście na ogród. Świat o takiej porze zawsze wyglądał dobrze, choć prawie nie było go widać.
Zatrzymałam się w półkroku dostrzegając szkarłatne plamki na podłodze. Krew? - schyliłam się. To faktycznie była krew. Czyżby Kot Niezdara znów bawił się myszą? - podniosłam wzrok na drzwi, które już były prawie przede mną. Były uchylone. Zawsze je zamykam, ale możliwe, że Kochasie zapomnieli zamknąć. Zapaliłam światło. Na podłodze leżało szkło z rozbitej szybki. Zawróciłam i ruszyłam śladami plamek, które prowadziły...do mojego pokoju! Otworzyłam drzwi i nie mogłam uwierzyć własnym oczom.
- C..co ty tutaj robisz? - zdołałam z siebie wykrztusić.
- Widziałam cię z tą małolatą - odpowiedziała mi zaryczanym głosem. Stałam tak chwilę nie wiedząc o co chodzi, co się dzieje. Miałam wrażenie, że to po prostu jakiś niedorzeczny wytwór mojego zmęczonego umysłu. Może to sen? - spojrzałam na zegarek - czas się zgadzał.
- Gdzie?
- W tym jazzowym klubie.
- Śledzisz mnie?
- Nie, byłam tam... Po prostu cię widziałam! Wołałam cię, ale nie reagowałaś - zatem nie wydawało mi się, naprawdę wtedy słyszałam swoje imię. - Jak możesz, z takim dzieciakiem? - pociągnęła nosem. Wyglądała okropnie. Najgorzy obraz jaki mogła mi zaprezentować. Nawet jej nie słuchałam. Mój wzrok skupił się na potarganych włosach, na opuchniętych oczach, na...
- O Buddo! To ty rozbiłaś szybkę! Co ci odbiło? - pociągnęłam ją na przedramię. Jej piękna dłoń była cała poharatana, krew zakrzepła w miejscach przecięć.
- Chciałam sprawdzić...
- Lepiej nic nie mów... Chodź.
Ciągnęłam ją za sobą, czułam jak ledwo stawia kroki. Jeszcze nigdy nie widziałam jej w takim stanie. Nigdy nie pokazała mi się ze swojej całkowicie bezbronnej, słabej i otępiałej strony. Nie podejrzewałam, że jest do czegoś takiego zdolna. Śmierdziała alkoholem i dymem. Musiała nieźle wypić, z kimkolwiek tam sobie była.
Kazałam jej usiąść na brzegu wanny i nie ruszać się póki nie wrócę. Cały czas coś kwiliła, ale ja w głowie miałam tylko ten nędzny obraz.
Wróciłam tak szybko jak się dało, z całym zestawem sprzętu, żeby jak najszybciej (chociaż i tak późno ) opatrzyć jej dłoń.
- Maeś... - zawyła.
- Cicho - nakazałam.
- Przepraszam.
Wyciągnęłam resztki szła z rany, dobrze, że szybka nie rozprysnęła się na miliony drzazg, tylko zwyczajnie pękła. Wyglądało na to, że dłoń została pocięta nie przy samym rozbijaniu (może roztrzaskała mi okno kamieniem?), a dopiero przy próbie otworzenia drzwi od wewnątrz.
- Maeś.
- Co jest?
- Spójrz na mnie!
Zrobiłam to.
- Zadowolona? - odwróciłam momentalnie wzrok, nie mogłam spoglądać w te zapuchnięte oczy. Ile czasu siedziała tutaj płacząc i nie zwracając uwagi na swoją rękę?
- Nie, patrz na mnie.
- Nie mogę.
- Dlaczego..?
- Wyglądasz okropnie...
Wstałam, nie mogłam znieść takiego stanu. Kim jest ta kobieta, która siedzi przede mną? - zapytałam w myślach. Podniosłam ją i wepchnęłam do kabiny prysznicowej. Włączyłam strumień delikatnie letniej wody. Miałam nadzieję, że to trochę przywróci ją do normalności.
- Nie zostawiaj mnie tu - nawet nie zaprotestowała, że właśnie zmoczyłam jej ubrania. Nic!
Ściągnęłam sukienkę i położyłam ją na półce. Wyciągnęłam ręce w stronę Konstancji.
Zdejmowałam jej kolejne części garderoby, a ona poddawała się temu jak pięciolatek. Podnosiła ręce, odchylała głowę, unosiła nogi. Nie do zniesienia, ale lepiej niż chwilę temu. Jej czarne włosy, teraz mokre spadały kaskadami na ramiona, zasłaniały twarz i piersi. Stałam w drzwiach kabiny, włączając cieplejszą temperaturę wody. Stałam i patrzyłam na to piękne ciało, opierając się, żeby do nie pochłonąć. W końcu Konstancja odgarnęła kosmyk włosy z twarzy i spojrzała na mnie. Wciąż miała zapuchnięte oczy.
- Dotknij mnie - szepnęła. Miała tak słaby głos, że nie wiedziałam czy to prośba, czy żądanie. - Maeś, proszę - ujęła moją dłoń i położyła ją sobie na biodrze. - Proszę, zrób to - przysunęła się bliżej.
Chciałabym zwalić wszystko na alkohol w umyśle lub krwi. Chciałabym móc powiedzieć, że to zwyczajne otępienie spowodowane dzisiejszą nocą.
Opierałam się tylko przez chwilę. Weszłam do środka.
- Pokaż mi - rozkazałam. - Pokaż, gdzie pozwoliłaś się jej dotykać.
- Nie chcę...
Odgarnęłam jej włosy na prawą stronę i dotknęłam okolicy tuż za uchem.
- Tutaj? - spytałam.
Nie odpowiedziała.
- Tutaj? - moje place powędrowały na mięsiste usta.
Nadal brak odpowiedzi.
- Tu - sunęłam palcami dalej w okolice karku, obojczyków, łopatek, łokcia, jędrnych piersi, sterczących sutków. - Co kazałaś jej robić? - chwyciłam je mocno. Przygryzła wargę, ale nadal się nie odezwała. Przeniosłam dłonie niżej, na żebra, kolejno wbijając paznokcie w każde z nich. Miednice, piękne wgłębienie między biodrami i początkiem ud.
- Tutaj też prawda? - przejechałam paznokciami po wewnętrznej stronie jej ud. Nie siliłam się na delikatność. Chciałam, żeby mi powiedziała.
- Maeś...
- Nie powtarzaj w kółko mojego imienia, przestań prosić, bo nie wiem już kim jesteś. Chcę, żebyś mi pokazała, gdzie ta... gdzie ona cię dotykała, gdzie dotykała, gdzie lizała? Muszę znać najmniejsze miejsce, by móc pozbyć się jej śladu.
Wpatrywała się we mnie, chyba sprawdzając czy naprawdę mówię poważnie. Wiedziałam, że mam przewagę, nie tylko dlatego, że była bardziej trzeźwa.
- Pokażę ci - zdecydowała w końcu. - Wyjdźmy stąd.
Otworzyłam kabinę i okryłam jej nagie ciało ręcznikiem.
- Ja to zrobię - powiedziałam, gdy chciała go zabrać z moich rąk.
Tym razem byłam nieco delikatniejsza. Wycierałam jej ciało najdokładniej jak to możliwe. Jakby w moim umyśle siedziało przekonanie, że właśnie w ten sposób zetrę wspomnienie o tamtej osobie, że uda mi się jej egzystencję wytrzeć wraz z wodą. Każda część ciała, dokładnie wysuszona. Najdelikatniej obeszłam się ze zranioną dłonią przy okazji dokańczając zabiegi, które były jej potrzebne. Nasmarowana i owinięta w bandaż wyglądała przygnębiająco. Miałam ochotę się o nią zatroszczyć. Co w sumie robiłam, ale to pragnienie było o wiele głębsze.
Wzięłam ze sobą krem migdałowy i szczotkę. Poszłyśmy to mojego pokoju, niebieskie panele podświetliły się, rzucając poświatę na nagie ciało Konstancji. Teraz zdawała się być niesamowicie ezoteryczna.Z niebieskawą skórą, czarnymi włosami aż do pośladków.
Odwróciła się w moją stronę.
- Pokaż - zażądałam siadając na podłodze przed nią. Nie wstydziła się nagości, może wstydziła się tego co miała za chwilę zrobić.
- Daj mi swoją dłoń.
- Nie.
- Mogę pokazać na tobie?
- Nie.
Jeszcze przez chwilę się wahała, aż w końcu zaczęła wodzić zdrową dłonią po swoim ciele, mówiąc gdzie była całowana, gdzie gryziona, gdzie raniona, gdzie zwyczajnie dotykana. Wyznaczała mapę cudzego dotyku. Nie mogłam na to patrzeć, nie mogłam tego słuchać, ale musiałam. Jeśli miała być dla nas kolejna szansa.
Zapamiętałam dokładnie każde miejsce, w takiej kolejności w jakiej mi to pokazała.
- Podejdź.
Zbliżyła się do mnie.
Położyłam dłoń na jej łydce i przesunęłam nią w górę. Dotykałam najznakomitszego miejsca na jej ciele, miejsca, którym tamta prawie w ogóle się nie interesowała. Zapewne tylko przez przypadek zahaczyła o nie w drodze do "celu". Brzydziłam się tamtą kobietą, brzydziłam się myślą, że jej palce były wewnątrz Konstancji.
Moje dłonie obejmowały jej udo. Ucałowałam to miękkie miejsce, by po chwili powoli się z nie wgryźć. Bez pośpiechu, coraz mocniej. Konstancja jak zwykle grała twardą. Odchyliłam się i przejechałam palcami to tym ugryzieniu. Byłam zadowolona ze swojego działa.
- To miejsce należy tylko do mnie.
- Ymm.
- Boli? - nacisnęłam na nie palcami.
- N..nie - skłamała.
- Na pewno? - nacisnęłam mocniej.
- Yyy.
- Mnie też bolało.
Wstałam i stanęłam tuż przed nią.
- Teraz ty pokaż - nadal szeptała. Jakby bała się, że ktoś ją usłyszy. Teraz!
- Co mam ci pokazać?
- Gdzie cię dotykała ta małolata.
- Jaka małolata.
- Nie udaje, nie wiem o kim mówisz.
- O tej dziewczynie, z którą dzisiaj tak namiętnie tańczyłaś w Jazzie.
- Iga?
- Jeśli tak ma na imię.
Wskazałam na policzek.
- Dlaczego mnie zwodzisz?
- Nie zwodzę cię. Tylko tutaj mnie pocałowała, dwa razy. A taniec sama widziałaś.
- I nic was więcej nie łączy?
- Nic. To podopieczna Rafiego.
Konstancja stała chwilę osłupiała. Zdała sobie sprawę, że wygłupiła się bez powodu. Nie wiedziałam czy już myśli trzeźwo, ale było to bez znaczenia. Zrozumiała swoją pomyłkę.
- A Beatrice?
Pokręciła głową.
- Już ci to tłumaczyłam...
Konstancja przywarła do mnie całym ciałem, poczułam jej piersi na swoich. Jej nogę między swoimi. Rękę na karku. I usta ma wargach. Chyba jeszcze nigdy nie czułam tyle ulgi w pocałunku. Tak, byłam pewna, że Konstancji ulżyło, jakby znalazła coś, czego od dawna szukała. Oddałam pocałunek pchając ja na tapczan.
my blind mind
poniedziałek, 13 października 2014
piątek, 26 września 2014
Z pozoru piękny dzień.
Piękny dzień - pomyślałam wystukując rytm w 3/4 o blat stołu. Za oknem padał deszcz, ale wbrew pozorom przyjemna pogoda panowała na zewnątrz. Pomyślałam, że to piękny dzień, bo za niedługo miał przyjść Pan Daniel. Taką miałam nadzieję, że nie zmienił swoich zwyczajów. Jakże okropnie by było dowiedzieć się, że porzucił swój stary zwyczaj zaglądania tutaj, siadania w swoim ulubionym miejscu! Komu ja wtedy podawałabym kawę, z kim ucinałabym sobie krótkie pogawędki o życiu i ludziach?
Obracałam swoją nową zabawką, przyglądając się nowym twarzom. Nie było mnie niecałe dwa miesiące, a tylu ludzi dołączyło do grona gości. Właściwie codziennie pojawiał się ktoś "nieznajomy"; zastanawiałam się na ile zostaną. Najczęściej byli to jednorazowi goście. Tymi przejmowałam się mniej.
Przetarłam ladę ścierką. Już piąty raz w ciągu tych dziesięciu minut, podczas których w pomieszczeniu nic się nie zmieniło. Niektórzy siedzieli wciśnięci w sofy, rozmawiali przyciszonymi głosami, inni mieli całkowicie otwartą postawę, śmiali się i wymachiwali rękami. Każdy wyglądał na zadowolonego z obecnej sytuacji. Również nie zwracali uwagi na deszcz za oknem. Nie była to ulewa, zwyczajna mżawka. Jesień się zbliża.
Drzwi się otworzyły i w progu zjawił się wyczekiwany przeze mnie gość. Jakże cudownie było zobaczyć go po tak długiej przerwie. Rozejrzał się powoli, jakby czegoś szukał. Kiwnęłam do niego głową i uśmiechnęłam się.
- To co zawsze? - upewniłam się i już zaczęłam przygotowywać ulubioną kawę Pana Daniela.
Pan Daniel zajął swoje ulubione miejsce, które o tej porze zawsze było puste. Stali bywalcy wiedzieli, że tylko on może tam siedzieć w tych godzinach. Gdy przychodził ktoś nowy, podchodziłam i grzecznie prosiłam, by zmienił miejsce.
W naszej kawiarni można dostać naprawdę różnorodną kawę. W większości jest ona przygotowywana przez ludzi do tego wyznaczonych, ale dla Pana Daniela kawę przyrządzam sama, osobiście. Mielę ziarna kawy, ponieważ wszystko musi być świeże i jak najlepszej jakości. Nastawiam kawiarkę, aby zaparzyć napar. Proszę kogoś aby ubił mi trochę śmietany, sama w tym czasie ubijam chłodne mleko z cukrem i czekoladą. Wkładam blender do miseczki i pilnuję by masa była gładka, bez najmniejszych skaz. Przekładam ją do filiżanki i zalewam gorącym naparem kawowym. Całość dekoruję ubitą śmietaną, delikatnie sypię jeszcze czekoladę na wierzch, ponieważ Pan Daniel kocha ten afrodyzjak. Filiżankę wraz z łyżeczką kładę na czarny spodek. Na drugi talerz nakładam szarlotkę, jeszcze ciepłą, bo niedawno wyciągnięta z pieca. Biorę obydwa talerze i udaję się w stronę stołu Pana Daniela. Kładę przed nim zamówienie i dosiadam się naprzeciwko.
- Więc wróciła moja podróżniczka? - zaczął wesoło. Ten człowiek jest niesamowity, zawsze napawa mnie energią do pracy. - Opowiadaj, co tym razem odkryłaś? - upija łyk kawy i przymyka oczy. Otwiera i zamyka usta, jakby bał się, że jakaś kropla spłynie mu po brodzie albo zostanie na wargach.
Zaczynam snuć swoją opowieść. Nie waham dzielić się z nim swoimi przeżyciami i obawami. On słucha mnie spokojnie, czasami rzucając jakiś zabawny komentarz. W między czasie zjada swoje ciasto. Widzę, że mu smakuje.
Ożywiam się coraz bardziej, gestykuluję dłońmi, jak to mam w zwyczaju, gdy za bardzo wczuję się we własną opowieść. Cieszę się tą możliwością, bo Pan Daniel wie o czym mówię. Sam w młodości zdobył wiele szczytów, więc wie, jak to wygląda. I jest bardzo doświadczony życiowo, więc może mi poradzić w sprawach, o których ja nie mam najmniejszego pojęcia. Kładzie dłoń na mojej ręce i uśmiecha się do mnie pokrzepiająco. Kręcę głową, nie potrzebuję pokrzepienia. Czuję się fantastycznie, odrobinę jestem pogubiona w tej codzienności, ale mile wspominam każdy dzień spędzony między skałami. Nawet opuszczenie po raz kolejny Maleństwa nie jest już dla mnie takie trudne, choć chciałabym zostać z nimi na dłużej. Nie, jestem wesołą osobą, która ma wiele od życia. Mówię mu o tym, chociaż oboje to wiemy.
- A chcesz usłyszeć o tym co się działo, gdy cie tutaj nie było? - pyta w końcu, widać, że garnie się do tego, by teraz zabrać głos. I muszę przyznać, że z wielką ochotą słucham jego głosu. Pan Daniel ma niesamowicie ciekawą intonację, od razu wiadomo gdzie stawia się akcenty w słowach.
- Oczywiście, że chcę. Panie Danielu, tyle czasu mnie tutaj nie było! - ucieszyłam się, że mi o wszystkim opowie.
I opowiada. O nowych ludziach, którzy zadomowili się w naszej kawiarni. O pracowniku, który okazał się gapą i wszyscy wypominali mu wypadek z filiżanką i ciastkami. O moich znajomych, których tak dawno nie widziałam. Dosłownie o wszystkim. Siedzieliśmy tak prawie dwie godziny, tylko od czasu do czasu opuszczałam go, by obsłużyć kogoś nowego. Na szczęście dziś nie było za dużo ludzi.
Byłam w wyśmienitym nastroju, gdy Pan Daniel opuszczał progi kawiarni. Sprzątnęłam jego talerze, umyłam stół. Z radością spoglądałam na zegarem. Została niecała godzina do zamknięcia. Miałam w planie po drodze do domu wstąpić do Sam, umówić się na jakieś pogaduchy lub zebrać ekipę na jakąś małą zabawę. Wizja wieczoru rysowała się przede mną bardzo wyraźnie. Wiedziałam co zrobię i jak. Czułam przeogromną ochotę usiąść w swoim fotelu i opisać swoją przygodę w Szkockich górach. Zaczęłabym pisać, poczekałabym, aż moja nowa znajoma wróci z wydarzenia, które miało miejsce w jej mieście. Zastanawiałam się, czy dobrze bawi się na pokazach i czy faktycznie wróci na tyle wcześnie, byśmy jeszcze wymieniły kilka zdań.
Rozmyślając nad tą nową relacją i jej możliwościami przetrwania nie zauważyłam, gdy weszła znajoma mi kobieta. Prawdopodobnie nie zwróciłabym na nią uwagi zajęta własnymi myślami, gdyby nie stanęła przy ladzie, tuż przede mną. Uniosłam wzrok, ale to nie ja wyglądałam na zaskoczoną. Właściwie, nie byłam zdumiona. Wiedziałam, że prędzej czy później znów tutaj przyjdzie. Nie mogłam tylko określić czy się cieszę, czy nie. Minęło sporo czasu, odkąd łączyło nas coś gorącego i ponętnego. Przez ostatni czas byłam po prostu zabawką, kimś, kto z łatwością usuwał cały jej stres. I teraz znów stała przede mną, zdziwiona tym, że widzi mnie w moim miejscu pracy.
- Co podać? - zapytałam otrząsając się ze swoich myśli. W miarę możliwości chciałam zostać profesjonalna. Nie wszyscy muszą o wszystkim wiedzieć.
Popatrzyła na mnie jakbym była głupia. To prawda, wiedziałam co zazwyczaj pija, ale przecież to mogło się zmienić. Wolałam zapytać.
- Espresso Corretto - usiadła przy stoliku po prawej stronie. Podałam kartkę z zamówieniem młodszemu koledze, który od razu zabrał się do pracy. Co i rusz spoglądał na naszą klientkę, lecz ona nie zwracała na niego uwagi. Jakżeby mogła? Taka wyniosła, zainteresować się takim młokosem? Zerkałam na nią co jakąś chwilę, za to przez cały czas czułam jej wzrok na sobie.
Chłopak podał mi małą filiżankę wzięłam ją i poszłam w stronę stolika.
- Mam nadzieję, że będzie smakować - postawiłam kawę przed nią. - W czymś jeszcze mogę służyć? - dodałam po chwili.
- Poczekam na ciebie aż skończysz - odparła. - Znajdziesz dla mnie chwilę, prawda?
- Oczywiście.
Przez resztę czasu nie zwracałam na nią uwagi, zajęta czynnościami porządkowymi. Wszystko należało odstawić na swoje miejsce, umyć i przygotować na następny dzień.
- Krystek, pozamykasz wszystko? - spytałam chłopaczka. Ten przytaknął i złapał klucze, które rzuciłam w jego stronę. - To do zobaczenia po weekendzie - założyłam swoje pomarańczowe palto i wyszłam.
Konstancja stała oparta o poręcz. Faktycznie czekała, przez cały ten czas.
- Odprowadzę cię do domu - rzuciłam przechodząc obok niej.
Ruszyłyśmy przed siebie. Deszcz nadal kropił, dookoła było już ciemno. Szłyśmy w ciszy, co chwilę mijały nas własne cienie. Jeszcze jacyś spóźnialscy przebiegali po mokrych chodnikach. Młodzież śpiesząca na imprezę. Lampy mrugały od napięcia. Jesień.
Kroczyłyśmy w milczeniu. Zaczęłam się zastanawiać, po co ona w ogóle na mnie czekała skoro teraz milczy.
Powoli zbliżałyśmy się do skrzyżowania, które prowadzi prosto do jej domu.
- Dlaczego nic mi nie powiedziałaś? - odezwała się w końcu.
Spojrzałam na nią, naprawdę nie wiedząc o czym ona do mnie mówi.
- Nie powiedziałaś, że wyjeżdżasz - sprostowała widząc, że nie wiem.
- Czemu miałam ci o tym mówić?
Zatrzymała się, więc również to uczyniłam. Miała zwilżone włosy, które w skutek tego jeszcze bardziej się sfalowały. Wpatrywała się we mnie uporczywie.
- Zniknęłaś bez uprzedzenia. Myślałam, że na zawsze.
- Jak widać, myliłaś się - uśmiechnęłam się niewyraźnie. O co w tym wszystkim chodziło?
- Nikt nie chciał mi powiedzieć, gdzie pojechałaś - chyba zaczynała się unosić. Panna pewna siebie, dawała się ponieść emocjom?
- I co byś zrobiła z taką informacją? Pojechała za mną?
Znów milczenie.
- Znów u NIEJ byłaś, prawda?
- Nawet gdyby, to co? - zaczynało mnie to irytować. Nie widziałyśmy się tyle czasu, a i wcześniej już nie łączyło nas żadne zobowiązanie, i teraz przychodzi i robi mi wyrzuty?
Złapała mnie za rękę, mocno przyciągnęła do siebie i pocałowała. Zawsze tak robiła. Tylko na sekundę moje kolana zrobiły się niewyobrażalnie miękkie. Przynajmniej taką miałam nadzieję, że to tylko chwila.
- Co ty wyprawiasz? - odsunęłam się od niej. Wiedziałam co robi. - Znów ci nie wyszło z kimś "kompatybilnym"? - ja byłam tylko częścią zapasową, kimś "w razie czego".
- Nie mów tak - zażądała. - Przecież to nie tak.
- Więc jak?
- To ty wyjechałaś bez słowa. Znów pojechałaś do tego dziecka!
- Nie wciągaj ich w to. Przecież od pół roku napastowałaś mnie wraz z tymi swoimi dziewczynkami, które całkowicie ci ulegają. Czy nie tak powiedziałaś? "Z nią mam szansę stworzyć coś trwałego, ona daje mi to czego potrzebuję".
- To nie były dziewczynki - poprawiła mnie. - Jedna kobieta. Naprawdę wydawało mi się, że z nią będzie mi lepiej.
- To czemu teraz tutaj stoisz? Czemu znów mnie męczysz?
- Ponieważ nie mogę znieść myśli, że pojechałaś bez słowa. Znów wolałaś ją ode mnie!
- Byłaś zajęta swoją nową kobietą!
- Co z tego?
- Co z tego?! Czy ty się w ogóle słuchasz?
- Mae - złapała mnie za rękę. - Miej dla mnie trochę wyrozumiałości.
- Trochę wyrozumiałości?! - wyrwałam swoją rękę. - Tobie się chyba naprawdę popierniczyło! Przecież zawsze byłam na twoje zawołanie. Zostawiałaś mnie od tak, dla kogoś "z kim stworzysz coś trwałego", a ja czekałam. Jak głupia, zawsze czekałam, aż wrócisz. Pamiętasz ile czasu mnie zwodziłaś?
- Nie wyciągajmy tego, proszę...
- Powiedz mi lepiej czego ode mnie chcesz - odwróciłam się bokiem. Nie chciałam na nią patrzeć. Czułam jak w żołądku rodzi mi się złość. Bałam się, że kolejne słowo będzie ostatnim, tym, którego już nigdy nie cofnę. Nie chciałam ciągnąć tej rozmowy. Miałam dwa wyjścia - zostawić ją na zawsze lub przyznać się, że nadal coś do niej czuję. Moi znajomi wiele razy powtarzali mi, że powinnam to skończyć, że to patologiczny związek. Nie umiałam temu zaradzić. Ona miała w sobie coś, co przyciągało mnie jak magnez. Nie chodziło tylko o ciało i seks. Ale ona wolała kogoś kto poddawał jej się całkowicie, ja miałam czelność mieć własne zdanie.
- Chcę wiedzieć, dlaczego mnie tutaj zostawiłaś bez uprzedzenia, już to mówiłam.
- A ja odpowiedziałam.
- Nie... chcę wiedzieć... chcę wiedzieć czy w ogóle o mnie myślałaś siedząc u niej? - Znów się do mnie zbliżyłaś.
Zacisnęłam pięści.
- Czy chciałaś wrócić? Było ci smutno? Tęskniłaś? - położyła mi dłoń na policzku.
Nadal nie odpowiadałam. Chciałam! Tęskniłam przez całe pół roku. Przez cały ten czas, gdy ona śmiała mi się w twarz przychodząc do kawiarni z tamtym chuchrem. Jednak nie mogłam jej tego powiedzieć.
- Mae, proszę, wybacz mi znów. Daj nam szansę - wplotła swoje place w moje mokre kosmyki.
- Ile razy jeszcze ? - spytałam cicho.
- To brzmi okropnie, nie mów tak - pociągnęła mnie lekko za włosy.
- To jak mam mówić? - odchyliłam głowę do tyłu.
- W ogóle o tym nie mów.
Wpatrywałam się w nią kątem oka. Była szalona. Jej duma przysłaniała jej całą sprawę, przysłaniała jej uczucia. Ileż razy będę w stanie to znosić?
- Nie mogę... - chwyciłam jej dłoń i zmusiłam, by mnie puściła. - Naprawdę... - ruszyłam w swoją stronę.
- Mae, bądź dla mnie wyrozumiała. Czekałam na ciebie przez te dwa miesiące, nie mając pojęcia czy kiedykolwiek wrócisz! - ruszyła za mną.
- I myślisz, że to takie wielkie poświęcenie?! Wiesz przez ile czasu ja czekałam, aż zwrócisz na mnie uwagę? Ile razy obawiałam się, że naprawdę wolisz te poczwary? Myślałam, że już skończyłyśmy. Tak powiedziałaś pół roku temu. "To skończone, nie mamy szans".
- Byłam zamroczona. Trochę zrozumienia, kto jak kto, ale ty powinnaś to zrozumieć.
- A to niby czemu?
- Przecież też miewałaś przygody.
- Oczywiście, ale nie kiedy byłam z tobą!
- Czy to ważne kiedy?
- Tak! Cholera, Konstancja! - odwróciłam się w jej stronę. - To ma ogromne znaczenie.
- Nie możemy puścić tego w niepamięć? Tęsknie za tobą - w końcu to powiedziała. Chciałam się uśmiechnąć, ale byłam zbyt rozgniewana. Zbyt słaba. Też tęsknie - cisnęło mi się na usta.
- Idź do domu - powiedziałam.
Stałyśmy na środku skrzyżowania wpatrując się w siebie. Żadna z nas nie chciała ruszyć w swoją stronę. Postanowiłam to zakończyć. Ruszyć pierwsza.
- Mae...
- Nie - odwróciłam się i ruszyłam w swoją stronę. Szłam szybko, jak zwykle. W głowie miałam huragan myśli i odczuć. Wszystkie były sprzeczne. Byłam ogromnie zła, wręcz wściekła. Jak mogła przyjść i zrobić mi awanturę?! Przecież to ona postanowiła zakończyć nasz związek. I teraz miała czelność czepiać się mojego życia. Wymagać wyrozumiałości?
Nie odwróciłam się, wiedziałam, że za mną nie idzie. Za zakrętem zaczęłam biec. Miałam nadzieję, że to mnie uspokoi, pomoże zebrać myśli. Chciałam się zawrócić. Wytłumaczyć się, wyjaśnić, przebaczyć. Pragnęłam przyznać, że tęsknie. Zacząć ją całować, rozbierać. Zaciągnąć ją do domu, rozebrać i ponownie zbadać wklęsłości jej ciała. Zobaczyć, czy ta głupia dziewczynka w jakiś sposób zapisała się na jej ciele. Zmazać skazę, wyczyścić całe ciało, doprowadzić do wrzenia. Mogłyśmy to zrobić, nasze ciała były jak dwa mieszające się ze sobą kremy. Nawet nasze osobowości współgrały w takich momentach. Nie mogłam do tego dopuścić, znów dałabym się złapać w jej sidła. Na pewno jej wybaczę, wysłucham wszystkiego (niekoniecznie przeprosin), ale nie dzisiaj. Nie mogłam dziś na to pozwolić. Nie po tym jak zrobiła mi awanturę o moje ukochane Maleństwo. Nie wtedy, gdy znów próbowała pokazać kto dominuje. Byłam taka zła! Jak mogłam do tego dopuścić?
A to miał być taki piękny dzień.
Wpadłam do domu, rzuciłam palto na szafkę. Zaczęłam chodzić po przedpokoju. W jedną i drugą stronę. Chodziłam tak, póki nie zużyłam całej tej negatywnej energii. Gdy już byłam odrobinę zmęczona, usiadłam na podłodze i oddałam się medytacji. Oczyszczenie myśli to podstawa. Pozwoliłam wszystkiemu płynąć. Czułam emocje, każdą w innej części ciała. Cała złość gromadziła się w żołądku, radość w płucach. W końcu udało mi się uspokoić w zupełności, oczyścić myśli.
Odetchnęłam. Wykorzystałam pozytywne odczucia, które gromadziły się w moich oddechu.
Jeszcze była szansa, że to będzie piękna noc.
Obracałam swoją nową zabawką, przyglądając się nowym twarzom. Nie było mnie niecałe dwa miesiące, a tylu ludzi dołączyło do grona gości. Właściwie codziennie pojawiał się ktoś "nieznajomy"; zastanawiałam się na ile zostaną. Najczęściej byli to jednorazowi goście. Tymi przejmowałam się mniej.
Przetarłam ladę ścierką. Już piąty raz w ciągu tych dziesięciu minut, podczas których w pomieszczeniu nic się nie zmieniło. Niektórzy siedzieli wciśnięci w sofy, rozmawiali przyciszonymi głosami, inni mieli całkowicie otwartą postawę, śmiali się i wymachiwali rękami. Każdy wyglądał na zadowolonego z obecnej sytuacji. Również nie zwracali uwagi na deszcz za oknem. Nie była to ulewa, zwyczajna mżawka. Jesień się zbliża.
Drzwi się otworzyły i w progu zjawił się wyczekiwany przeze mnie gość. Jakże cudownie było zobaczyć go po tak długiej przerwie. Rozejrzał się powoli, jakby czegoś szukał. Kiwnęłam do niego głową i uśmiechnęłam się.
- To co zawsze? - upewniłam się i już zaczęłam przygotowywać ulubioną kawę Pana Daniela.
Pan Daniel zajął swoje ulubione miejsce, które o tej porze zawsze było puste. Stali bywalcy wiedzieli, że tylko on może tam siedzieć w tych godzinach. Gdy przychodził ktoś nowy, podchodziłam i grzecznie prosiłam, by zmienił miejsce.
W naszej kawiarni można dostać naprawdę różnorodną kawę. W większości jest ona przygotowywana przez ludzi do tego wyznaczonych, ale dla Pana Daniela kawę przyrządzam sama, osobiście. Mielę ziarna kawy, ponieważ wszystko musi być świeże i jak najlepszej jakości. Nastawiam kawiarkę, aby zaparzyć napar. Proszę kogoś aby ubił mi trochę śmietany, sama w tym czasie ubijam chłodne mleko z cukrem i czekoladą. Wkładam blender do miseczki i pilnuję by masa była gładka, bez najmniejszych skaz. Przekładam ją do filiżanki i zalewam gorącym naparem kawowym. Całość dekoruję ubitą śmietaną, delikatnie sypię jeszcze czekoladę na wierzch, ponieważ Pan Daniel kocha ten afrodyzjak. Filiżankę wraz z łyżeczką kładę na czarny spodek. Na drugi talerz nakładam szarlotkę, jeszcze ciepłą, bo niedawno wyciągnięta z pieca. Biorę obydwa talerze i udaję się w stronę stołu Pana Daniela. Kładę przed nim zamówienie i dosiadam się naprzeciwko.
- Więc wróciła moja podróżniczka? - zaczął wesoło. Ten człowiek jest niesamowity, zawsze napawa mnie energią do pracy. - Opowiadaj, co tym razem odkryłaś? - upija łyk kawy i przymyka oczy. Otwiera i zamyka usta, jakby bał się, że jakaś kropla spłynie mu po brodzie albo zostanie na wargach.
Zaczynam snuć swoją opowieść. Nie waham dzielić się z nim swoimi przeżyciami i obawami. On słucha mnie spokojnie, czasami rzucając jakiś zabawny komentarz. W między czasie zjada swoje ciasto. Widzę, że mu smakuje.
Ożywiam się coraz bardziej, gestykuluję dłońmi, jak to mam w zwyczaju, gdy za bardzo wczuję się we własną opowieść. Cieszę się tą możliwością, bo Pan Daniel wie o czym mówię. Sam w młodości zdobył wiele szczytów, więc wie, jak to wygląda. I jest bardzo doświadczony życiowo, więc może mi poradzić w sprawach, o których ja nie mam najmniejszego pojęcia. Kładzie dłoń na mojej ręce i uśmiecha się do mnie pokrzepiająco. Kręcę głową, nie potrzebuję pokrzepienia. Czuję się fantastycznie, odrobinę jestem pogubiona w tej codzienności, ale mile wspominam każdy dzień spędzony między skałami. Nawet opuszczenie po raz kolejny Maleństwa nie jest już dla mnie takie trudne, choć chciałabym zostać z nimi na dłużej. Nie, jestem wesołą osobą, która ma wiele od życia. Mówię mu o tym, chociaż oboje to wiemy.
- A chcesz usłyszeć o tym co się działo, gdy cie tutaj nie było? - pyta w końcu, widać, że garnie się do tego, by teraz zabrać głos. I muszę przyznać, że z wielką ochotą słucham jego głosu. Pan Daniel ma niesamowicie ciekawą intonację, od razu wiadomo gdzie stawia się akcenty w słowach.
- Oczywiście, że chcę. Panie Danielu, tyle czasu mnie tutaj nie było! - ucieszyłam się, że mi o wszystkim opowie.
I opowiada. O nowych ludziach, którzy zadomowili się w naszej kawiarni. O pracowniku, który okazał się gapą i wszyscy wypominali mu wypadek z filiżanką i ciastkami. O moich znajomych, których tak dawno nie widziałam. Dosłownie o wszystkim. Siedzieliśmy tak prawie dwie godziny, tylko od czasu do czasu opuszczałam go, by obsłużyć kogoś nowego. Na szczęście dziś nie było za dużo ludzi.
Byłam w wyśmienitym nastroju, gdy Pan Daniel opuszczał progi kawiarni. Sprzątnęłam jego talerze, umyłam stół. Z radością spoglądałam na zegarem. Została niecała godzina do zamknięcia. Miałam w planie po drodze do domu wstąpić do Sam, umówić się na jakieś pogaduchy lub zebrać ekipę na jakąś małą zabawę. Wizja wieczoru rysowała się przede mną bardzo wyraźnie. Wiedziałam co zrobię i jak. Czułam przeogromną ochotę usiąść w swoim fotelu i opisać swoją przygodę w Szkockich górach. Zaczęłabym pisać, poczekałabym, aż moja nowa znajoma wróci z wydarzenia, które miało miejsce w jej mieście. Zastanawiałam się, czy dobrze bawi się na pokazach i czy faktycznie wróci na tyle wcześnie, byśmy jeszcze wymieniły kilka zdań.

Rozmyślając nad tą nową relacją i jej możliwościami przetrwania nie zauważyłam, gdy weszła znajoma mi kobieta. Prawdopodobnie nie zwróciłabym na nią uwagi zajęta własnymi myślami, gdyby nie stanęła przy ladzie, tuż przede mną. Uniosłam wzrok, ale to nie ja wyglądałam na zaskoczoną. Właściwie, nie byłam zdumiona. Wiedziałam, że prędzej czy później znów tutaj przyjdzie. Nie mogłam tylko określić czy się cieszę, czy nie. Minęło sporo czasu, odkąd łączyło nas coś gorącego i ponętnego. Przez ostatni czas byłam po prostu zabawką, kimś, kto z łatwością usuwał cały jej stres. I teraz znów stała przede mną, zdziwiona tym, że widzi mnie w moim miejscu pracy.
- Co podać? - zapytałam otrząsając się ze swoich myśli. W miarę możliwości chciałam zostać profesjonalna. Nie wszyscy muszą o wszystkim wiedzieć.
Popatrzyła na mnie jakbym była głupia. To prawda, wiedziałam co zazwyczaj pija, ale przecież to mogło się zmienić. Wolałam zapytać.
- Espresso Corretto - usiadła przy stoliku po prawej stronie. Podałam kartkę z zamówieniem młodszemu koledze, który od razu zabrał się do pracy. Co i rusz spoglądał na naszą klientkę, lecz ona nie zwracała na niego uwagi. Jakżeby mogła? Taka wyniosła, zainteresować się takim młokosem? Zerkałam na nią co jakąś chwilę, za to przez cały czas czułam jej wzrok na sobie.
Chłopak podał mi małą filiżankę wzięłam ją i poszłam w stronę stolika.
- Mam nadzieję, że będzie smakować - postawiłam kawę przed nią. - W czymś jeszcze mogę służyć? - dodałam po chwili.
- Poczekam na ciebie aż skończysz - odparła. - Znajdziesz dla mnie chwilę, prawda?
- Oczywiście.
Przez resztę czasu nie zwracałam na nią uwagi, zajęta czynnościami porządkowymi. Wszystko należało odstawić na swoje miejsce, umyć i przygotować na następny dzień.
- Krystek, pozamykasz wszystko? - spytałam chłopaczka. Ten przytaknął i złapał klucze, które rzuciłam w jego stronę. - To do zobaczenia po weekendzie - założyłam swoje pomarańczowe palto i wyszłam.
Konstancja stała oparta o poręcz. Faktycznie czekała, przez cały ten czas.
- Odprowadzę cię do domu - rzuciłam przechodząc obok niej.
Ruszyłyśmy przed siebie. Deszcz nadal kropił, dookoła było już ciemno. Szłyśmy w ciszy, co chwilę mijały nas własne cienie. Jeszcze jacyś spóźnialscy przebiegali po mokrych chodnikach. Młodzież śpiesząca na imprezę. Lampy mrugały od napięcia. Jesień.
Kroczyłyśmy w milczeniu. Zaczęłam się zastanawiać, po co ona w ogóle na mnie czekała skoro teraz milczy.
Powoli zbliżałyśmy się do skrzyżowania, które prowadzi prosto do jej domu.
- Dlaczego nic mi nie powiedziałaś? - odezwała się w końcu.
Spojrzałam na nią, naprawdę nie wiedząc o czym ona do mnie mówi.
- Nie powiedziałaś, że wyjeżdżasz - sprostowała widząc, że nie wiem.
- Czemu miałam ci o tym mówić?
Zatrzymała się, więc również to uczyniłam. Miała zwilżone włosy, które w skutek tego jeszcze bardziej się sfalowały. Wpatrywała się we mnie uporczywie.
- Zniknęłaś bez uprzedzenia. Myślałam, że na zawsze.
- Jak widać, myliłaś się - uśmiechnęłam się niewyraźnie. O co w tym wszystkim chodziło?
- Nikt nie chciał mi powiedzieć, gdzie pojechałaś - chyba zaczynała się unosić. Panna pewna siebie, dawała się ponieść emocjom?
- I co byś zrobiła z taką informacją? Pojechała za mną?
Znów milczenie.
- Znów u NIEJ byłaś, prawda?
- Nawet gdyby, to co? - zaczynało mnie to irytować. Nie widziałyśmy się tyle czasu, a i wcześniej już nie łączyło nas żadne zobowiązanie, i teraz przychodzi i robi mi wyrzuty?
Złapała mnie za rękę, mocno przyciągnęła do siebie i pocałowała. Zawsze tak robiła. Tylko na sekundę moje kolana zrobiły się niewyobrażalnie miękkie. Przynajmniej taką miałam nadzieję, że to tylko chwila.
- Co ty wyprawiasz? - odsunęłam się od niej. Wiedziałam co robi. - Znów ci nie wyszło z kimś "kompatybilnym"? - ja byłam tylko częścią zapasową, kimś "w razie czego".
- Nie mów tak - zażądała. - Przecież to nie tak.
- Więc jak?
- To ty wyjechałaś bez słowa. Znów pojechałaś do tego dziecka!
- Nie wciągaj ich w to. Przecież od pół roku napastowałaś mnie wraz z tymi swoimi dziewczynkami, które całkowicie ci ulegają. Czy nie tak powiedziałaś? "Z nią mam szansę stworzyć coś trwałego, ona daje mi to czego potrzebuję".
- To nie były dziewczynki - poprawiła mnie. - Jedna kobieta. Naprawdę wydawało mi się, że z nią będzie mi lepiej.
- To czemu teraz tutaj stoisz? Czemu znów mnie męczysz?
- Ponieważ nie mogę znieść myśli, że pojechałaś bez słowa. Znów wolałaś ją ode mnie!
- Byłaś zajęta swoją nową kobietą!
- Co z tego?
- Co z tego?! Czy ty się w ogóle słuchasz?
- Mae - złapała mnie za rękę. - Miej dla mnie trochę wyrozumiałości.
- Trochę wyrozumiałości?! - wyrwałam swoją rękę. - Tobie się chyba naprawdę popierniczyło! Przecież zawsze byłam na twoje zawołanie. Zostawiałaś mnie od tak, dla kogoś "z kim stworzysz coś trwałego", a ja czekałam. Jak głupia, zawsze czekałam, aż wrócisz. Pamiętasz ile czasu mnie zwodziłaś?
- Nie wyciągajmy tego, proszę...
- Powiedz mi lepiej czego ode mnie chcesz - odwróciłam się bokiem. Nie chciałam na nią patrzeć. Czułam jak w żołądku rodzi mi się złość. Bałam się, że kolejne słowo będzie ostatnim, tym, którego już nigdy nie cofnę. Nie chciałam ciągnąć tej rozmowy. Miałam dwa wyjścia - zostawić ją na zawsze lub przyznać się, że nadal coś do niej czuję. Moi znajomi wiele razy powtarzali mi, że powinnam to skończyć, że to patologiczny związek. Nie umiałam temu zaradzić. Ona miała w sobie coś, co przyciągało mnie jak magnez. Nie chodziło tylko o ciało i seks. Ale ona wolała kogoś kto poddawał jej się całkowicie, ja miałam czelność mieć własne zdanie.
- Chcę wiedzieć, dlaczego mnie tutaj zostawiłaś bez uprzedzenia, już to mówiłam.
- A ja odpowiedziałam.
- Nie... chcę wiedzieć... chcę wiedzieć czy w ogóle o mnie myślałaś siedząc u niej? - Znów się do mnie zbliżyłaś.
Zacisnęłam pięści.
- Czy chciałaś wrócić? Było ci smutno? Tęskniłaś? - położyła mi dłoń na policzku.
Nadal nie odpowiadałam. Chciałam! Tęskniłam przez całe pół roku. Przez cały ten czas, gdy ona śmiała mi się w twarz przychodząc do kawiarni z tamtym chuchrem. Jednak nie mogłam jej tego powiedzieć.
- Mae, proszę, wybacz mi znów. Daj nam szansę - wplotła swoje place w moje mokre kosmyki.
- Ile razy jeszcze ? - spytałam cicho.
- To brzmi okropnie, nie mów tak - pociągnęła mnie lekko za włosy.
- To jak mam mówić? - odchyliłam głowę do tyłu.
- W ogóle o tym nie mów.
Wpatrywałam się w nią kątem oka. Była szalona. Jej duma przysłaniała jej całą sprawę, przysłaniała jej uczucia. Ileż razy będę w stanie to znosić?
- Nie mogę... - chwyciłam jej dłoń i zmusiłam, by mnie puściła. - Naprawdę... - ruszyłam w swoją stronę.
- Mae, bądź dla mnie wyrozumiała. Czekałam na ciebie przez te dwa miesiące, nie mając pojęcia czy kiedykolwiek wrócisz! - ruszyła za mną.
- I myślisz, że to takie wielkie poświęcenie?! Wiesz przez ile czasu ja czekałam, aż zwrócisz na mnie uwagę? Ile razy obawiałam się, że naprawdę wolisz te poczwary? Myślałam, że już skończyłyśmy. Tak powiedziałaś pół roku temu. "To skończone, nie mamy szans".
- Byłam zamroczona. Trochę zrozumienia, kto jak kto, ale ty powinnaś to zrozumieć.
- A to niby czemu?
- Przecież też miewałaś przygody.
- Oczywiście, ale nie kiedy byłam z tobą!
- Czy to ważne kiedy?
- Tak! Cholera, Konstancja! - odwróciłam się w jej stronę. - To ma ogromne znaczenie.
- Nie możemy puścić tego w niepamięć? Tęsknie za tobą - w końcu to powiedziała. Chciałam się uśmiechnąć, ale byłam zbyt rozgniewana. Zbyt słaba. Też tęsknie - cisnęło mi się na usta.
- Idź do domu - powiedziałam.
Stałyśmy na środku skrzyżowania wpatrując się w siebie. Żadna z nas nie chciała ruszyć w swoją stronę. Postanowiłam to zakończyć. Ruszyć pierwsza.
- Mae...
- Nie - odwróciłam się i ruszyłam w swoją stronę. Szłam szybko, jak zwykle. W głowie miałam huragan myśli i odczuć. Wszystkie były sprzeczne. Byłam ogromnie zła, wręcz wściekła. Jak mogła przyjść i zrobić mi awanturę?! Przecież to ona postanowiła zakończyć nasz związek. I teraz miała czelność czepiać się mojego życia. Wymagać wyrozumiałości?
Nie odwróciłam się, wiedziałam, że za mną nie idzie. Za zakrętem zaczęłam biec. Miałam nadzieję, że to mnie uspokoi, pomoże zebrać myśli. Chciałam się zawrócić. Wytłumaczyć się, wyjaśnić, przebaczyć. Pragnęłam przyznać, że tęsknie. Zacząć ją całować, rozbierać. Zaciągnąć ją do domu, rozebrać i ponownie zbadać wklęsłości jej ciała. Zobaczyć, czy ta głupia dziewczynka w jakiś sposób zapisała się na jej ciele. Zmazać skazę, wyczyścić całe ciało, doprowadzić do wrzenia. Mogłyśmy to zrobić, nasze ciała były jak dwa mieszające się ze sobą kremy. Nawet nasze osobowości współgrały w takich momentach. Nie mogłam do tego dopuścić, znów dałabym się złapać w jej sidła. Na pewno jej wybaczę, wysłucham wszystkiego (niekoniecznie przeprosin), ale nie dzisiaj. Nie mogłam dziś na to pozwolić. Nie po tym jak zrobiła mi awanturę o moje ukochane Maleństwo. Nie wtedy, gdy znów próbowała pokazać kto dominuje. Byłam taka zła! Jak mogłam do tego dopuścić?
A to miał być taki piękny dzień.
Wpadłam do domu, rzuciłam palto na szafkę. Zaczęłam chodzić po przedpokoju. W jedną i drugą stronę. Chodziłam tak, póki nie zużyłam całej tej negatywnej energii. Gdy już byłam odrobinę zmęczona, usiadłam na podłodze i oddałam się medytacji. Oczyszczenie myśli to podstawa. Pozwoliłam wszystkiemu płynąć. Czułam emocje, każdą w innej części ciała. Cała złość gromadziła się w żołądku, radość w płucach. W końcu udało mi się uspokoić w zupełności, oczyścić myśli.
Odetchnęłam. Wykorzystałam pozytywne odczucia, które gromadziły się w moich oddechu.
Jeszcze była szansa, że to będzie piękna noc.
piątek, 21 grudnia 2012
Poranna Kawa w Południe.
Drzwi uderzyły niemalże z hukiem o ścianę. Zawsze zapominam, by w końcu je naprawić, bo jak tak dalej pójdzie, to będę miała dziurę. Takie podwójne drzwi, ale one nie są mi wcale potrzebne. We wnęce ukazała mi się postać mojej Opiekunki. Słyszałam wcześniej jak klucz przekręca się w zamku od drzwi wejściowych. Oczywiście domyśliłam się, że to nie mogą być Kochasie, ponieważ oni zamierzali wrócić dopiero w przyszłym tygodni, jeżeli nie po sylwestrze dopiero. Moja natura jednak nie dała mi się długo zastanawiać nad tym faktem, więc po prostu zignorowałam zamek i kroki na korytarzu. Dopiero gdy te drzwi trzasnęły zainteresowałam się cała sprawą.
Rafi nie wyglądała na zadowoloną. Miała lekki grymas, typowy dla siebie, bo ona w życiu nie dałaby po sobie poznać, że coś jest nie tak. Nosek jej był cały czerwony a policzki różowe, wyglądało to uroczo. Jestem pewna, że to był efekt mrozu panującego na dworze. W końcu był środek nocy, w dodatku mamy zimę!
Podeszła do mnie spokojnie, choć wiem, że tak naprawdę w środku cała się gotowała. Spojrzała przeciągle na moją twarz, oczy. Pokierowała wzrok na komputer i zegarek. Już wiedziałam co od niej usłyszę, ale wciąż siedziałam cicho. Skoro miałam mieć przechlapane, to wolałam sobie sama nie pogarszać sytuacji.
-Czy zdajesz sobie sprawę, która godzina?-zapytała oschle.
-Druga w nocy?-odpowiedziałam potulnie. Nie do końca wiedziałem o co się wścieka. Przecież już nie raz siedziałam do samego rana przy swoim systemie i próbowałam złamać tysiące ludzkich kodów.
-Właśnie, więc marsz mi do łóżka-wskazała ręką na sofę.
-Ale...
-Żadne ale, do łóżka i to migiem.
-Kiedy i tak nie zasnę...
-Jasne. Postaram się, żebyś zasnęła.
-Dobra-odparłam i niechętnie poczłapałam się do łóżka. Tak naprawdę bałam się snu.-Napisz Paniczowi, że życzę jej kolorowych snów-powiedziałam do niej, gdy przebierałam się w piżamę.
Chyba wykonała moją prośbę, ciężko stwierdzić. Przełączyła monitor na tablet i usiadła koło mnie. Delikatnie głaskała mnie po włosach. To przywodziło na myśl książki, które czytuję. Tak zazwyczaj rodzice uspokajają dzieci. Jakie to uczcie, gdy matka chce uspokoić swoją pociechę i ułożyć ją do snu? Mogłam się tylko domyślać, że właśnie takie. Pierwszy raz od tylu dni nie miałam żadnych oporów, żeby zasnąć. Słyszałam jak Rafi cicho nuci pod nosem. Była to stara afrykańska kołysanka, kilka razu już miałam okazję jej słuchać. Moja Opiekunka, choć niezbyt obdarzona głosem wokalny, świetnie radziła sobie w nuceniu tej melodii. Do dziś nie wiem, skąd ona ją zna. Poza tym, zawsze śpiewa ją w oryginalnym języku. Piosenka ta brzmi bardzo egzotycznie i dodatkowo usypia.
Moje powieki dosyć szybko zrobiły się ciężkie. Wtulona w udo Rafael zasnęłam. Głęboki był mój sen.
Do moich nozdrzy dotarł mocny zapach jakiegoś naparu. Nie mogłam rozpoznać co to takiego. Nie ma się co dziwić, dopiero co ocknęłam się z głębokiego snu. Byłam zaskoczona. Leżałam na sobie, przykryta kołdrą po same uszy i czułam się wyspana. Jak ja się tam znalazła? Co właściwie skłoniło mnie do położenia się i zaśnięcia? Miałam czarną plamę w umyśle. Chciałam się podnieść, ale moje ciało odmówiło mi posłuszeństwa. Byłam cała obolała, tak jakby ktoś mnie wczoraj skopał w każdym milimetrze ciała. Czyżby tak organizm daje mi do zrozumienia, że wreszcie wypoczął?
-Jeszcze się nie podnoś-do pokoju weszła Rafi z pomarańczowym kubkiem w dłoni. Położyła go na kredensie i usiadła koło mnie. Nagle mi coś zaświtało. Wczoraj wpadła tutaj zła i kazała mi iść spać. Tak! Jak mogłam o tym zapomnieć? Przecież to było z cztery... spojrzałam na cyfry pojawiające się na ścianie nad monitorami. Była godzina czternasta prawie! To by oznaczało, że spałam około tuzina godzin.
-Dlaczego mnie nie obudziłaś?!-już miałam się zrywać, gdy poczułam mocną dłoń przytrzymującą mnie w pozycji leżące.-Puść...
-Spokojnie, dzisiaj niedziela. Nie musisz się śpieszyć. Poleż jeszcze chwilę.
Obróciłam się na plecy, skoro nie mogłam wstać, to chociaż tyle. Oczywiście Rafi siedziała w samych spodniach, po co komu t-shirt. Nie przeszkadzało mi to zbytnio, mogłam sobie popatrzeć na jego szerokie barki, umięśniona ręce i brzuch. Poza tym, to ja jej tego nauczyłam, eh... Dotknęłam delikatnie jej brzucha. Spojrzała na mnie pytająco, pokręciłam tylko głową. Zawsze podziwiałam jej ciało, chociaż ona sama miała mu wiele do zarzucenia, ale czy nie jest tak zawsze?
-Okej, podnoś się-powiedziała w końcu, ku mojej uciesze rzecz jasna. Podparłam się ramionami i uniosłam. Teraz było wszytko okej, znów czułam władzę nad swoim ciałem. To było bardzo przyjemne. Miałam ochotę wyskoczyć z łóżka i zacząć gdzieś biec, gdziekolwiek. Wiedziałam, że moja Opiekunka mi na to nie pozwoli, więc z miejsca zrezygnowałam z tego pragnienia.
-Umieram z głodu-stwierdziłam na głos. O dziwo talerz z kanapkami leżał obok mnie. Jedzenie zrobione przez Rafael, to dość podejrzane.-Czegoś tam dodała?-zapytałam śmiejąc się cicho. Obie wiedziałyśmy, że nie mówię poważnie. Ona nachyliła się do mnie i zaczęła wymieniać mi szereg nazw, których teraz nie jestem w stanie wam przytoczyć. Zapomniałam ich. Spojrzałam na nią powątpiewająco. Wciąż była na mnie zła.
-Rafi ja p...-chciałam się jej jakoś wytłumaczyć. Była moją Opiekunką i ciągle o mnie dbała, a ja postąpiłam tak lekkomyślnie i taiłam przed nią tyle czasu te informacje. Przecież, przez swoje samolubstwo mogłam zaprzepaścić efekt dotychczasowej jej pracy. Było mi głupio, dopiero teraz! Gdy wpadła do mnie do domu. A w jej oczach wciąż było widać to zwiedzenie mną. Nie dała jednak mi wyjaśnić, kładąc palce na moje usta.
-Muszę iść teraz do pracy.
-Przecież dzisiaj niedziela.
-To nie ma znaczenia.
-Ale...
-Wrócę do ciebie wieczorem. Tylko nie rób nic głupiego i masz odpoczywać, OK? Możesz mi to obiecać?
-Mogę, przeleżę cały dzień w łóżku.
Roześmiała się. Udało mi się nawiązać z nią nić zgody! Miała taki niski śmiech.
-Wykluczone, wtedy mi się rozleniwisz i już nie będziesz chciała nigdzie wychodzić. Masz coś porobić, ale masz nie przemęczać organizmu. Już dostatecznie dałaś mu w kość w tym tygodniu-znów powróciła jej surowość. Coś mi się zdaje, że nie szybko zapomni mi to zaniedbanie. Przecież to nie moja wina, że nie mogłam spać! Z drugiej strony, mogłam jej o tym powiedzieć wcześniej i osobiście, a nie pisać o tym jakieś niestworzone historie.
-Przygotuję ci dobrą kolację.
-OK-pogłaskała mnie po policzku i dała w niego całusa.-To bądź grzeczna i do wieczora-podała mi kubek, który wcześniej tutaj przyniosła.
Wyszła.
Spojrzałam na ciemną ciesz. To była kawa! Jak mogłam nie rozpoznać tego zapachu. Musiałam być naprawdę otępiała, żeby nie wiedzieć co to. Co się dziwić, byłam naprawdę w głębokim śnie, zanim się rozbudziłam. Uśmiechnęłam się do siebie. Do wieczora zostało tylko kilka godzin. Cztery, może pięć. A w dłoniach miałam najlepszą kawę pod słońcem. Tak, Rafi jest mistrzem w parzeniu kawy.
Upiłam łyk i poczułam jak niebiański smak rozpływa się po moich kubkach smakowych, a później po całym ciele. To się nazywa pić pyszną poranną kawę (w południe).
Rafi nie wyglądała na zadowoloną. Miała lekki grymas, typowy dla siebie, bo ona w życiu nie dałaby po sobie poznać, że coś jest nie tak. Nosek jej był cały czerwony a policzki różowe, wyglądało to uroczo. Jestem pewna, że to był efekt mrozu panującego na dworze. W końcu był środek nocy, w dodatku mamy zimę!
Podeszła do mnie spokojnie, choć wiem, że tak naprawdę w środku cała się gotowała. Spojrzała przeciągle na moją twarz, oczy. Pokierowała wzrok na komputer i zegarek. Już wiedziałam co od niej usłyszę, ale wciąż siedziałam cicho. Skoro miałam mieć przechlapane, to wolałam sobie sama nie pogarszać sytuacji.
-Czy zdajesz sobie sprawę, która godzina?-zapytała oschle.
-Druga w nocy?-odpowiedziałam potulnie. Nie do końca wiedziałem o co się wścieka. Przecież już nie raz siedziałam do samego rana przy swoim systemie i próbowałam złamać tysiące ludzkich kodów.
-Właśnie, więc marsz mi do łóżka-wskazała ręką na sofę.
-Ale...
-Żadne ale, do łóżka i to migiem.
-Kiedy i tak nie zasnę...
-Jasne. Postaram się, żebyś zasnęła.
-Dobra-odparłam i niechętnie poczłapałam się do łóżka. Tak naprawdę bałam się snu.-Napisz Paniczowi, że życzę jej kolorowych snów-powiedziałam do niej, gdy przebierałam się w piżamę.
Chyba wykonała moją prośbę, ciężko stwierdzić. Przełączyła monitor na tablet i usiadła koło mnie. Delikatnie głaskała mnie po włosach. To przywodziło na myśl książki, które czytuję. Tak zazwyczaj rodzice uspokajają dzieci. Jakie to uczcie, gdy matka chce uspokoić swoją pociechę i ułożyć ją do snu? Mogłam się tylko domyślać, że właśnie takie. Pierwszy raz od tylu dni nie miałam żadnych oporów, żeby zasnąć. Słyszałam jak Rafi cicho nuci pod nosem. Była to stara afrykańska kołysanka, kilka razu już miałam okazję jej słuchać. Moja Opiekunka, choć niezbyt obdarzona głosem wokalny, świetnie radziła sobie w nuceniu tej melodii. Do dziś nie wiem, skąd ona ją zna. Poza tym, zawsze śpiewa ją w oryginalnym języku. Piosenka ta brzmi bardzo egzotycznie i dodatkowo usypia.
Moje powieki dosyć szybko zrobiły się ciężkie. Wtulona w udo Rafael zasnęłam. Głęboki był mój sen.
Do moich nozdrzy dotarł mocny zapach jakiegoś naparu. Nie mogłam rozpoznać co to takiego. Nie ma się co dziwić, dopiero co ocknęłam się z głębokiego snu. Byłam zaskoczona. Leżałam na sobie, przykryta kołdrą po same uszy i czułam się wyspana. Jak ja się tam znalazła? Co właściwie skłoniło mnie do położenia się i zaśnięcia? Miałam czarną plamę w umyśle. Chciałam się podnieść, ale moje ciało odmówiło mi posłuszeństwa. Byłam cała obolała, tak jakby ktoś mnie wczoraj skopał w każdym milimetrze ciała. Czyżby tak organizm daje mi do zrozumienia, że wreszcie wypoczął?
-Jeszcze się nie podnoś-do pokoju weszła Rafi z pomarańczowym kubkiem w dłoni. Położyła go na kredensie i usiadła koło mnie. Nagle mi coś zaświtało. Wczoraj wpadła tutaj zła i kazała mi iść spać. Tak! Jak mogłam o tym zapomnieć? Przecież to było z cztery... spojrzałam na cyfry pojawiające się na ścianie nad monitorami. Była godzina czternasta prawie! To by oznaczało, że spałam około tuzina godzin.
-Dlaczego mnie nie obudziłaś?!-już miałam się zrywać, gdy poczułam mocną dłoń przytrzymującą mnie w pozycji leżące.-Puść...
-Spokojnie, dzisiaj niedziela. Nie musisz się śpieszyć. Poleż jeszcze chwilę.
Obróciłam się na plecy, skoro nie mogłam wstać, to chociaż tyle. Oczywiście Rafi siedziała w samych spodniach, po co komu t-shirt. Nie przeszkadzało mi to zbytnio, mogłam sobie popatrzeć na jego szerokie barki, umięśniona ręce i brzuch. Poza tym, to ja jej tego nauczyłam, eh... Dotknęłam delikatnie jej brzucha. Spojrzała na mnie pytająco, pokręciłam tylko głową. Zawsze podziwiałam jej ciało, chociaż ona sama miała mu wiele do zarzucenia, ale czy nie jest tak zawsze?
-Okej, podnoś się-powiedziała w końcu, ku mojej uciesze rzecz jasna. Podparłam się ramionami i uniosłam. Teraz było wszytko okej, znów czułam władzę nad swoim ciałem. To było bardzo przyjemne. Miałam ochotę wyskoczyć z łóżka i zacząć gdzieś biec, gdziekolwiek. Wiedziałam, że moja Opiekunka mi na to nie pozwoli, więc z miejsca zrezygnowałam z tego pragnienia.
-Umieram z głodu-stwierdziłam na głos. O dziwo talerz z kanapkami leżał obok mnie. Jedzenie zrobione przez Rafael, to dość podejrzane.-Czegoś tam dodała?-zapytałam śmiejąc się cicho. Obie wiedziałyśmy, że nie mówię poważnie. Ona nachyliła się do mnie i zaczęła wymieniać mi szereg nazw, których teraz nie jestem w stanie wam przytoczyć. Zapomniałam ich. Spojrzałam na nią powątpiewająco. Wciąż była na mnie zła.
-Rafi ja p...-chciałam się jej jakoś wytłumaczyć. Była moją Opiekunką i ciągle o mnie dbała, a ja postąpiłam tak lekkomyślnie i taiłam przed nią tyle czasu te informacje. Przecież, przez swoje samolubstwo mogłam zaprzepaścić efekt dotychczasowej jej pracy. Było mi głupio, dopiero teraz! Gdy wpadła do mnie do domu. A w jej oczach wciąż było widać to zwiedzenie mną. Nie dała jednak mi wyjaśnić, kładąc palce na moje usta.
-Muszę iść teraz do pracy.
-Przecież dzisiaj niedziela.
-To nie ma znaczenia.
-Ale...
-Wrócę do ciebie wieczorem. Tylko nie rób nic głupiego i masz odpoczywać, OK? Możesz mi to obiecać?
-Mogę, przeleżę cały dzień w łóżku.
Roześmiała się. Udało mi się nawiązać z nią nić zgody! Miała taki niski śmiech.
-Wykluczone, wtedy mi się rozleniwisz i już nie będziesz chciała nigdzie wychodzić. Masz coś porobić, ale masz nie przemęczać organizmu. Już dostatecznie dałaś mu w kość w tym tygodniu-znów powróciła jej surowość. Coś mi się zdaje, że nie szybko zapomni mi to zaniedbanie. Przecież to nie moja wina, że nie mogłam spać! Z drugiej strony, mogłam jej o tym powiedzieć wcześniej i osobiście, a nie pisać o tym jakieś niestworzone historie.
-Przygotuję ci dobrą kolację.
-OK-pogłaskała mnie po policzku i dała w niego całusa.-To bądź grzeczna i do wieczora-podała mi kubek, który wcześniej tutaj przyniosła.
Wyszła.
Spojrzałam na ciemną ciesz. To była kawa! Jak mogłam nie rozpoznać tego zapachu. Musiałam być naprawdę otępiała, żeby nie wiedzieć co to. Co się dziwić, byłam naprawdę w głębokim śnie, zanim się rozbudziłam. Uśmiechnęłam się do siebie. Do wieczora zostało tylko kilka godzin. Cztery, może pięć. A w dłoniach miałam najlepszą kawę pod słońcem. Tak, Rafi jest mistrzem w parzeniu kawy.
Upiłam łyk i poczułam jak niebiański smak rozpływa się po moich kubkach smakowych, a później po całym ciele. To się nazywa pić pyszną poranną kawę (w południe).
sobota, 15 grudnia 2012
Gwieździsta bezsenność.
Kolejny dzień. Wróciłam do pustego domu. Ta dwójka kochasiów wyjechała na święta, już teraz. Ciemność była pocieszeniem a cisza stanowiła ukojenie po całym dniu. Rozebrałam się powoli, kątem oka spoglądałam na swoje ledwo dostrzegalne odbicie w lustrze. Nie włączałam światła. Gdy weszłam do pokoju zaświeciły się niebieskie panele, które były zamontowane przy listwach podłogowych. Rzuciłam torbę na fotel, po chwili dołączyłam do niej część ubrań. Potrzebowałam prysznica.
Letnia woda spływała po moich roztarganych włosach, po ramionach, piersiach, udach, aż do samych stóp. Czułam jak schodzi ze mnie napięcie, rozluźniłam mięśnie. Czysty strumień ściągał ze mnie cały brud i trud tego dnia. Kolejnego dnia.
Nie miałam ochoty nic jeść, mój żołądek nie był w stanie przyjąć żadnej strawy. Zaparzyłam sobie rumiankowej herbaty i udałam się z kubkiem do swej groty. Niebieskie światło migotało z dołu, było blade. Widziałam jak blask ślizga się po moich bosych stopach. Czułam wełniane włoski między palcami, to było miłe uczucie.
Rzuciłam się na łóżko, nie miałam na nic sił. Potworne zmęczenie towarzyszyło mi od kilku dni. Nie znosiłam tego całego przedświątecznego szału. Ludzie latali jak głupi w tą i z powrotem, ale tak naprawdę nie zastanawiali się nad istotą tego co robili. Naprawdę to wszystko zamieniło się w jednoznaczną obłudę? Mój szef, całkiem przeciwnie niż ja, uwielbiał ten okres roku. Podobnie jak Wielkanoc czy inne święta tego typu. Ludzie nie mieli czasu, a może ochoty, wypić kawy zrobionej w domu, zjeść wspólnego obiadu w rodzinnym gronie. Byli zbyt zalatani i zaaferowani. Głupcy, ślepo wierzą, że materialne dobroci zaspokoją ich brak emocjonalnej bliskości. Wtedy wszyscy tłumie do nas przychodzili. Tak tłumnie, że musiałam załatwić, aby nikt nie usiadł na miejscu naszego stałego bywalca. Pan Daniel pojawiał się codziennie, na szczęście, nie wiem co bym zrobiła bez jego otuchy. Inni nawet nie zastanawiali się nad tym co zamawiają, kto im to podaje, jak to smakuje... Kretyni... Naprawdę nie znoszę tego okresu, tej przedświątecznej paniki. Nie boję się pracy, ale jaka to przyjemność, gdy nikt nawet nie ma czasu powiedzieć ci, że było smaczne? Nawet już się nie żegnają, tylko wybiegają z lokalu zostawiając świstki na tacy.
Przekręciłam się na bok, by włączyć projektor gwiazd. Lubię go, jest maleńki, ale tworzy cuda. Wróciłam do leżenia na plecach. Czułam się zmęczona, ale ciało było już całkowicie rozluźnione. Poruszałam palcami, skubiąc przy tym delikatnie koc na sofie. Wpatrywałam się w sufit z nadzieją, że zasnę, ale sen nie chciał przyjść. Znów, kolejna bezsenna noc. Jednak uporczywie wbijałam wzrok w sztucznie wytworzone gwiazdy, były piękne. Gdy byłam dzieckiem kochałam na nie patrzeć całymi nocami. Chodziłam do parku, gdzie kładłam się na świeżej trawie i spoglądałam w szerokie niebo. Lampy gasili dość wcześnie, więc jedynym światłem był księżyc i gwiazdy. Migotały lekko, wyglądały przy tym jakby puszczały do mnie oczko. Zastawiałam się kto też w nie patrzy. Czy ktoś leży gdzieś i spogląda w nocne niebo? Szeptałam wiadomości w przestworza, a one mi odpowiadały cichym szelestem liści i traw, gdzieś w głębi parku słychać było strumień. Wtedy zrywałam się na równe nogi i gnałam do domu, jak najprędzej, póki pamiętałam wiadomość. Zawsze z uśmiechem otwierałam szeroko drzwi i wbiegałam do pokoju, porywałam ołówek i zapisywałam wiadomości. Nigdy nie zauważałam ciemności wokół mnie, dopiero po długich chwilach dostrzegałam pustkę i ciszę w domu. Szłam zamknąć drzwi. Kładłam się spać naciągając koc aż za uszy. Zamykałam mocno oczy i przypomniałam sobie blask mrugających gwiazd, to mnie uspokajało i pozwalało zasnąć. Teraz nie działało. Chociaż nie musiałam mocno zamykać oczu ani naciągać koc na głowę, gwizdy nie przynosiły spodziewanego ukojenia. Nie mogę tego zrozumieć, dlaczego widok, który zawsze był dla mnie wybawieniem teraz nie działa? Czemu pomimo całonocnego wpatrywania się w układ różnych konstelacji nie mogę zasnąć? Ktoś mi kiedyś powiedział, że wszechświat da się opisać, nie mogę się z nim zgodzić. On jest tak przestronny jak nasze myśli, nie da się określić początku ani końca. Podobno wewnętrzne dialogi potrafią naprowadzić nas na odpowiedź. Milczałam, nie tylko nic nie mówiła, ale też moje wnętrze milczało. Nie ma mi nic do powiedzenia?
Wybiła trzecia, wciąż nie spałam. Na dworze zaczął padać deszcz. Poczułam mocny ból w klatce piersiowej. Był on jak nagłe wbicie bardzo grubej igły. Nim zdążyłam zareagować zniknął. Nie na długo, zaraz też poczułam rwanie w nodze. Widocznie nic się nie kończy, nie można zapomnieć o tym co się już kiedyś wydarzyło, nie można tego cofnąć. Ból był niemiłosierny, nie miałam sił z nim walczyć. Zacisnęłam ręce, wbijałam paznokcie w wewnętrzną stronę dłoni. Oddychałam ciężko, nie mogłam złapać głębszego wdechu. Czoło pokryło się ciężkim i zimnym potem. W głowie pojawiła się masa nieskładnych obrazów, jaskrawych, ale monotonnych w barwie. W oczach stanęły mi łzy. Nie mogłam wydobyć z siebie żadnego dźwięku. I ciemność... Ból ustąpił, odszedł donikąd tak jak znikąd się pojawił. Było mi zimno, oddech wciąż był ciężki i nierównomierny. Rozluźniłam ręce, otworzyłam oczy, nie byłam pewna co tam ujrzę. Gwiazdy, przesuwały się wolno po suficie, jak gdyby nic się nie stało. Mrugały delikatnie. To mnie trochę uspokoiło. To był drugi raz w tym tygodniu. Nigdy wcześniej mi się to tak często nie zdarzało... Wyszeptała kilka słów w przestrzeń mojego pokoju, w odpowiedzi gałąź uderzyła w okno. Dwa razy szybko i mocno, raz wolno i znów mocno. Cztery wyrazy. "To nie Twoja...wina".
Piąta. Deszcze powoli ustępował, była pewna, że zaraz zacznie padać śnieg. Gwiazdy wciąż migotały na moim suficie. Obróciłam się na bok i podsunęłam kolana pod brodę, schowałam w nich twarz. Wiatr szumiał spokojniej. Słyszałam przepływającą wodę w grzejniku. Zaraz ludzie zaczną wstawać. A ja wciąż nie spałam.
Dochodziła szósta. Wreszcie spałam.
Siódma, maleńki kot drapał łapkami framugę mojego okna. Podniosłam niepewnie powieki. Godzina snu. Zawsze lepiej niż nic. Podeszłam do okna, otworzyłam je i wzięłam kociaka do rąk.
-I co, zadowolony jesteś z siebie?-spojrzałam w jego ciemne oczy, westchnęłam cicho.
Na suficie jeszcze chwilę lśniły gwiazdy, wyłączyłam projektor. Noc się skończyłam. Poszłam szykować się na kolejny dzień.
Kociakowi dałam mleka i patrzyłam z uśmiechem jak z apetytem chłeptał je małym języczkiem. Pewnie też nie spał całą noc, biegła gdzieś po tych śmietnikach i teraz był głodny.
Wyglądał tak ślicznie.
Letnia woda spływała po moich roztarganych włosach, po ramionach, piersiach, udach, aż do samych stóp. Czułam jak schodzi ze mnie napięcie, rozluźniłam mięśnie. Czysty strumień ściągał ze mnie cały brud i trud tego dnia. Kolejnego dnia.
Nie miałam ochoty nic jeść, mój żołądek nie był w stanie przyjąć żadnej strawy. Zaparzyłam sobie rumiankowej herbaty i udałam się z kubkiem do swej groty. Niebieskie światło migotało z dołu, było blade. Widziałam jak blask ślizga się po moich bosych stopach. Czułam wełniane włoski między palcami, to było miłe uczucie.
Rzuciłam się na łóżko, nie miałam na nic sił. Potworne zmęczenie towarzyszyło mi od kilku dni. Nie znosiłam tego całego przedświątecznego szału. Ludzie latali jak głupi w tą i z powrotem, ale tak naprawdę nie zastanawiali się nad istotą tego co robili. Naprawdę to wszystko zamieniło się w jednoznaczną obłudę? Mój szef, całkiem przeciwnie niż ja, uwielbiał ten okres roku. Podobnie jak Wielkanoc czy inne święta tego typu. Ludzie nie mieli czasu, a może ochoty, wypić kawy zrobionej w domu, zjeść wspólnego obiadu w rodzinnym gronie. Byli zbyt zalatani i zaaferowani. Głupcy, ślepo wierzą, że materialne dobroci zaspokoją ich brak emocjonalnej bliskości. Wtedy wszyscy tłumie do nas przychodzili. Tak tłumnie, że musiałam załatwić, aby nikt nie usiadł na miejscu naszego stałego bywalca. Pan Daniel pojawiał się codziennie, na szczęście, nie wiem co bym zrobiła bez jego otuchy. Inni nawet nie zastanawiali się nad tym co zamawiają, kto im to podaje, jak to smakuje... Kretyni... Naprawdę nie znoszę tego okresu, tej przedświątecznej paniki. Nie boję się pracy, ale jaka to przyjemność, gdy nikt nawet nie ma czasu powiedzieć ci, że było smaczne? Nawet już się nie żegnają, tylko wybiegają z lokalu zostawiając świstki na tacy.
Przekręciłam się na bok, by włączyć projektor gwiazd. Lubię go, jest maleńki, ale tworzy cuda. Wróciłam do leżenia na plecach. Czułam się zmęczona, ale ciało było już całkowicie rozluźnione. Poruszałam palcami, skubiąc przy tym delikatnie koc na sofie. Wpatrywałam się w sufit z nadzieją, że zasnę, ale sen nie chciał przyjść. Znów, kolejna bezsenna noc. Jednak uporczywie wbijałam wzrok w sztucznie wytworzone gwiazdy, były piękne. Gdy byłam dzieckiem kochałam na nie patrzeć całymi nocami. Chodziłam do parku, gdzie kładłam się na świeżej trawie i spoglądałam w szerokie niebo. Lampy gasili dość wcześnie, więc jedynym światłem był księżyc i gwiazdy. Migotały lekko, wyglądały przy tym jakby puszczały do mnie oczko. Zastawiałam się kto też w nie patrzy. Czy ktoś leży gdzieś i spogląda w nocne niebo? Szeptałam wiadomości w przestworza, a one mi odpowiadały cichym szelestem liści i traw, gdzieś w głębi parku słychać było strumień. Wtedy zrywałam się na równe nogi i gnałam do domu, jak najprędzej, póki pamiętałam wiadomość. Zawsze z uśmiechem otwierałam szeroko drzwi i wbiegałam do pokoju, porywałam ołówek i zapisywałam wiadomości. Nigdy nie zauważałam ciemności wokół mnie, dopiero po długich chwilach dostrzegałam pustkę i ciszę w domu. Szłam zamknąć drzwi. Kładłam się spać naciągając koc aż za uszy. Zamykałam mocno oczy i przypomniałam sobie blask mrugających gwiazd, to mnie uspokajało i pozwalało zasnąć. Teraz nie działało. Chociaż nie musiałam mocno zamykać oczu ani naciągać koc na głowę, gwizdy nie przynosiły spodziewanego ukojenia. Nie mogę tego zrozumieć, dlaczego widok, który zawsze był dla mnie wybawieniem teraz nie działa? Czemu pomimo całonocnego wpatrywania się w układ różnych konstelacji nie mogę zasnąć? Ktoś mi kiedyś powiedział, że wszechświat da się opisać, nie mogę się z nim zgodzić. On jest tak przestronny jak nasze myśli, nie da się określić początku ani końca. Podobno wewnętrzne dialogi potrafią naprowadzić nas na odpowiedź. Milczałam, nie tylko nic nie mówiła, ale też moje wnętrze milczało. Nie ma mi nic do powiedzenia?
Wybiła trzecia, wciąż nie spałam. Na dworze zaczął padać deszcz. Poczułam mocny ból w klatce piersiowej. Był on jak nagłe wbicie bardzo grubej igły. Nim zdążyłam zareagować zniknął. Nie na długo, zaraz też poczułam rwanie w nodze. Widocznie nic się nie kończy, nie można zapomnieć o tym co się już kiedyś wydarzyło, nie można tego cofnąć. Ból był niemiłosierny, nie miałam sił z nim walczyć. Zacisnęłam ręce, wbijałam paznokcie w wewnętrzną stronę dłoni. Oddychałam ciężko, nie mogłam złapać głębszego wdechu. Czoło pokryło się ciężkim i zimnym potem. W głowie pojawiła się masa nieskładnych obrazów, jaskrawych, ale monotonnych w barwie. W oczach stanęły mi łzy. Nie mogłam wydobyć z siebie żadnego dźwięku. I ciemność... Ból ustąpił, odszedł donikąd tak jak znikąd się pojawił. Było mi zimno, oddech wciąż był ciężki i nierównomierny. Rozluźniłam ręce, otworzyłam oczy, nie byłam pewna co tam ujrzę. Gwiazdy, przesuwały się wolno po suficie, jak gdyby nic się nie stało. Mrugały delikatnie. To mnie trochę uspokoiło. To był drugi raz w tym tygodniu. Nigdy wcześniej mi się to tak często nie zdarzało... Wyszeptała kilka słów w przestrzeń mojego pokoju, w odpowiedzi gałąź uderzyła w okno. Dwa razy szybko i mocno, raz wolno i znów mocno. Cztery wyrazy. "To nie Twoja...wina".
Piąta. Deszcze powoli ustępował, była pewna, że zaraz zacznie padać śnieg. Gwiazdy wciąż migotały na moim suficie. Obróciłam się na bok i podsunęłam kolana pod brodę, schowałam w nich twarz. Wiatr szumiał spokojniej. Słyszałam przepływającą wodę w grzejniku. Zaraz ludzie zaczną wstawać. A ja wciąż nie spałam.
Dochodziła szósta. Wreszcie spałam.
Siódma, maleńki kot drapał łapkami framugę mojego okna. Podniosłam niepewnie powieki. Godzina snu. Zawsze lepiej niż nic. Podeszłam do okna, otworzyłam je i wzięłam kociaka do rąk.
-I co, zadowolony jesteś z siebie?-spojrzałam w jego ciemne oczy, westchnęłam cicho.
Na suficie jeszcze chwilę lśniły gwiazdy, wyłączyłam projektor. Noc się skończyłam. Poszłam szykować się na kolejny dzień.
Kociakowi dałam mleka i patrzyłam z uśmiechem jak z apetytem chłeptał je małym języczkiem. Pewnie też nie spał całą noc, biegła gdzieś po tych śmietnikach i teraz był głodny.
Wyglądał tak ślicznie.
Mae
sobota, 29 września 2012
Część druga - Górskie Jezioro.
Moje myśli rozpłynęły się tak szybko jak woda wypełniła moje
uszy. Niczego nie było. Wstrzymałam oddech i opadłam na dno. Przejmujące zimno
przeszywało moje ciało na wskroś. Lubiłam to uczucie, dowód na to, że ciało
jest nieodłączną częścią mnie. Wykonałam kilka żabek i leżałam chwilę na dnie.
Zaraz też pojawiło się pytanie: co ona tutaj robi? Byłam
pewna, że nikt mnie nie śledzi, że jestem tutaj sama. W sumie mogłam się tego
spodziewać, że tak łatwo mnie podeszła. Moja nieostrożność dała dowody na swoje
istnienie. Nie będzie samotnego, wieczornego romansu z księżycem. Stoi tam?
Zaczęło brakować mi powietrza. Odbiłam się od kamieni i
kilkoma ruchami rąk podniosłam się do poziomu wody. Trochę lękliwie
postanowiłam się wynurzyć. Podpłynęłam nieco bardziej w stronę brzegu i
wyprostowałam się. Całą piersią nabierałam powietrza. Potrząsnęłam głową, by
mokre kosmyki odsunęły mi się z twarzy.
Ona stała tam, na brzegu. Już zdążyła zdjąć z siebie
większość ubrań, czyżby chciała wskoczyć za mną? Przecież nic mi nie groziło.
To tylko woda. Racja, może zimna i nieco niepewna, ale nie ma co panikować, byłam
dobra w takich rzeczach. Patrzyłam na nią pytająco. To też pewnie dlatego z
mych ust wydobyło się:
-Konstancja?
Wiedziałam, że to ona. Nie było innej osoby, którą mogłaby
być ta kobieta stojąca na skrawku piasku. To też uśmiechnęłam się delikatnie i wyciągnęłam
w jej stronę dłoń. Może się do mnie przyłączy? A może zechce bym wyszła. Serce
waliło mi w piersi, to pewnie przez zimno, które powoli zaczynało mnie
ogarniać. Jeśli się nie pochoruję, to będzie fart!
Przyglądałam się Jej w spokoju, opanowując oddechy. Na myśl
mi nie przyszło, że mogłabym się wstydzić. Rozmyślałam raczej o tym co ona
tutaj robi, dlaczego za mną wyszła. I miłe było, że zauważyła brak mojej
obecności. Jest piękna. Chyba po raz pierwszy widziałam prawie nagie jej ciało
całe. Świetna figura i te długie, falowane, czarne włosy. Nie była blada jak
ja, a ciemne oczy teraz podejrzanie lśniły w tej ciemności.
Ruszyła w moją stronę. Kotka-przeszło mi przez myśl. Ruchy
tak zgrabne. Kołysząc biodrami wcale nie rozchlapywała wody, przeciwnie, jezioro
delikatnie osuwało się pod jej ruchami. Odczuła zimno, było widać to na jej
skórze. Ujęła moją dłoń i przysunęła się do mnie bliżej. Poczułam jej piersi na
swoim mostu, była nieco niższa ode mnie, niewiele.
-Jestem cała mokra-szepnęłam drżącym głosem. Bałam się
zagłuszyć tą panującą dookoła ciszę. Przez chwilę miałam wrażenie, że to po
prostu sen albo halucynacja, ale ona odezwała się również, nakazującym tonem.
-Przytul mnie-zażądała jak dziecko. Miała tupet, pojawia się
znikąd i już mi rozkazuje. Spojrzałam na Nią. Pomimo tej bijącej od niej
pewności twarz miała lekko czerwoną. Wstydziła się?
Wykonałam posłusznie żądanie. Czułam Ją na sobie. Jej ręce
obejmujące mnie w tali, nos wbijający się w kark, w którym się ukryła. Jej
serce waliło jeszcze bardziej niż moje, a może oba biły równie silnie?
Nierównomierny rytm na mojej skórze. Moje czy Jej? Dłońmi przesunęłam bo jej
plecach, przeszedł ją dreszcz. Rozpięłam szybko jej biustonosz, po cóż on jej
teraz?
Objęłam Konstancję mocno, przyciskając nieco do siebie. Jej
oddech sunął po moim karku. Było zimno a równocześnie gorąco.
*
Kobieta stojąca na skrawku piasku wpatrywała się w Tą na
środku jeziora, na jej dłoń. Zastanawiała się, co powinna zrobić. Miała obawy.
Prawdopodobnie to wszystko skończy się chorobą tej szalonej dziewczyny, której
zachciało się kąpieli w jeziorze. Ten uśmiech nie znosił sprzeciwu, to było
widać.
Czarnowłosa nie miała wyboru, ruszyła w stronę M. Ujęła jej dłoń, była
chłodna. Zbliżyła się jeszcze bardziej, niemal przylegając do niej całym
ciałem. Było jej zimno, a Mae miała mokrą skórę. To samo stwierdzenie usłyszała
zaraz z ust szaleńca kąpiącego się po nocach nie wiedzieć gdzie. Skoro już
tutaj jestem, co za różnica?-pomyślała i rozkazała dziewczynie się przytulić.
Wyczuła, że tamta się chwilę waha, ale już po chwili poczuła zimne ręce na
swoich, jeszcze ciepłych plecach. Konstancja przylgnęła do niej, głowę
opierając na jej ramieniu. Czy kiedykolwiek to robiła? Ta chwila zadawała się
trwać wiecznie, ostatnio widziała Mae kilka miesięcy temu, wtedy gdy całując
się z Inną siedziała w Kawiarni. Chyba po tamtej akcji przestała się tam
pojawiać…
Było jej po prostu głupio. Wtedy i teraz. Sama nie rozumiała swojego postępowania.
Serca obu kobiet biły mocno, z zima jak i podniecenia. Były tak
blisko siebie, obie niemal nagie. Właśnie, Konstancja poczuła jak zgrabne ręce
odpinają jej biustonosz. A później ich uścisk stał się jeszcze bardziej
zwięzły. No tak, Mae potrafiła robić takie rzeczy. Szalona, ale troskliwa z
niej kobieta, bez wątpienia.
Czarnowłosa w końcu zdobyła się na podniesiecie
głowy. Tamta wpatrywała się w nią ze spokojem, choć ona wiedziała, że wcale tak
nie jest. Konstancja przesunęła dłonie po karku kobiety i ujęła jej twarz.
Wpatrywała się w jasne oczy, które wyrażały teraz tak wiele. Pomyśleć, że
kazała im tyle czekać.
Zbliżyły się twarzami i już po chwili połączyć je
pocałunek, delikatny, który zaraz też przerodził się w gorący i namiętny wyraz
uczuć. Czarnowłosa poczuła jak Mae ciągnie ją na dół, nie było czasu na
protest. Znalazły się pod wodą. Ich włosy splotły się ze sobą, ale nie
przerwały pocałunku. Dopiero, gdy zaczęły odczuwać brak powietrza wynurzyły się
i rozłączyły. Mae zaczęła się śmiać, Konstancja spojrzała na nią pogardliwie.
-Idiotka-powiedziała i również zaczęła się śmiać, czy
spodziewała się takiej akcji? Na pewno nie.
Ich ręce błądziły po sobie, badając skórę i wyczuwalne pod
nią kości. Analizowały swoje mięśnie i twarze. To było tak samo szalone jak i
głupie. A wszystko to widział tylko Księżyc, nikt więcej.
Mae & K
środa, 12 września 2012
Część pierwsza - Górskie Jezioro.
Była noc, w normalnych warunkach nikt z mojej ekipy nie
zapuściłby się tutaj. Drzewa spokojnie czuwały nad ciemnościami pod ich
koronami, tylko niektóre ze sprytnych promieni księżyca przedzierały się przez
liście. Była pełnia. Ziemia chrzęszczała pod każdym krokiem. Igły, stare
liście, szyszki i drobne gałęzie, wszystko to wydawało cichy szelest po nogami.
Nikt nie wiedział, że opuściłam ciepłe schronisko, mimo późnej pory wcale nie
ciche.
Nie znałam tych terenów, tutaj byłam po raz pierwszy. Gdybym
się zgubiła, prawdopodobnie musiałabym czekać do rana albo nie wiedzieć ile.
Właśnie to wzbudzało jeszcze większą chęć urwania się od mojej grupy. Ludzie
radośnie pili piwo w schroniskowym pokoju i rozbawieni gawędzili o różnych
rzeczach. Musiałam poukładać myśli. Dziś dołączyła do Nas nowa osoba. Kto by
pomyślał, że tutaj się pojawi. Z początku byłam zła na Miśka, iż nie powiadomił
mnie o tym „szczególe”, tak ważnym dla mnie w dodatku.
Poruszałam się szybko, śledząc te przebiegłe fragmenty
jasności. Gdzieś w pobliżu była woda, po nogach ciągnął mi chłód. Denerwował
mnie chrzęst wydobywający się spod moim butów, czułam, iż zdradza to moją
pozycję. Byłam jak skradający się zwierz, choć tak naprawdę po prostu wyszłam
nabrać powietrza. Słyszałam od Gospodyni, że w pobliżu jest jezioro. Ekipa
zarządziła wyprawę nad nie dnia następnego, lecz ja nie mogłam czekać, chciałam
zobaczyć je już w tej chwili.
Mój oddech przedzierał powietrze tworząc cichy świst, gdyby
było tutaj jakieś stworzenie na pewno by uciekło. Nie było szans na
odnalezienia Rysia czy innego kociaka. Ptaki i wiewiórki już spały, chociaż co
jakiś czas coś przemykało między drzewami podobnie jak ja. Szłam szybko.
W końcu moim oczom ukazała się woda. Zewsząd otoczona
kamieniami i trzcinami. Były tylko dwie drogi prowadzące do głębin jeziora.
Mały skrawek piaszczystego zakola i mały, wyniszczały pomost. Bele były pokryte
zieloną mazią, zaś drewno w wielu miejscach przeżarte, niektóre połamane. Mógł
zawalić się w każdej chwili.
Granatowa woda iskrzyła się w szarym świetle. Za sprawą
małych pajączków kręgi wodne rozchodziły się z
każdej strony. Księżyc skrywał się wśród dzikich chaszczy, nie chcąc
pojawić się na środku. Przypomniała mi się historia dwóch braci bliźniaków,
którzy chcieli mieć Księżyc tylko dla siebie. Pomyśleć, że tyle przeszli tylko
po do by zostać z workiem kamieni. To była powieść mojego dzieciństwa, smutna
bajka, ale prawdziwa. Pamiętałam ten kobiecy głos lektora i tych chłopców.
Kasetę puszczałam, gdy tylko miałam okazję. Słuchałam ją z bratem.
Jezioro kusiło mnie swoim powabem. Chciałam skryć się w nim,
zanurzyć ciepłą od myśli głowę. Górska woda bywa zdradliwa. Przy brzegu płytka
nie wiadomo kiedy zanurza cię całą. I prawie nigdy ciepła. A na pewno nie dziś,
ten chłód było czuć nawet stojąc nad tymi skałami. Wpatrywałam się w mroczną
otchłań. I znów zebrało mi się na wspomnienia. Historia nie dotyczyła
bezpośrednio mojej osoby, ale poniekąd, Alex. Ciekawiło mnie co teraz robi i
jak idą jej zmagania z Aelis, obydwie tak dziecinne i zagubione, obie
zaślepione własnymi potrzebami. Smuciło mnie, że Alex musiała wybrać właśnie
ją, to chyba był jednak z najgorszych
wyborów. Nam… Ona również biegała po mojej głowie, jak zwykle nieuchwytna,
nawet tutaj. Zdaje mi się, iż wcale się nie zmieniła. Tak bardzo skupiona na
tym by nie zostać zranioną…
Postanowiłam zmierzyć się z głębiną. Weszłam na pomost,
który pod moimi krokami cicho zaskrzypiał. Stare drewno odzwyczaiło się od
ludzkiej obecności i dawało mi o tym znać. Ostrożnie podeszłam do krawędzi.
Usiadłam i zaczęłam pozbywać się butów. Nie śpiesząc się rozwiązywałam białe
sznurowadła czarnych trepów. Odhaczając materiał z kolejnych zaczepów myślałam
o tym co się dzieje w moim życiu przez ostatnie dni, miesiące, lata. Dokąd
zmierzam i co na celu mają te wszystkie gesty. Uśmiechnęłam się na wspomnienie
pracy, od której właśnie miałam przerwę.
Lubiłam to co robię, codziennie tyle twarzy i zmagań. Zaraz też
przypomniałam sobie o Tajemniczości, która mnie otacza. Rozmawiam z tylko
ludźmi, ale nie chcę się z nimi wiązać. To co tworzę jest tylko tam, gdzie się
zrodziło. Nie ciągnie mnie do ujrzenia ich wszystkich, wolę to co stworzyliśmy.
Bałam się zawodu.
Zdjęłam buty i skarpetki. Wstałam, przez głowę ściągnęłam
czarną koszulę. Później zsunęłam z bioder szare spodenki. Stałam tak tylko w
białych bokserkach. Czułam jak wiatr przesuwa się zwinnie po mojej skórze,
która pokazywała to w naturalny sposób. Nie było zimno. Wpatrywałam się jeszcze
chwilę w wodę z zamiarem zanurzenia w niej głowy. Teraz myśli jeszcze miały
szansę szybko przemknąć się przez moją głowę.
Obiłam się od ostatniej deski i wybiłam się w powietrze.
Wiatr nadał kierunek mojemu ciału.
-Mae!-usłyszałam nim moje uszy wypełniły się wodą. Ciśnienie
zagłuszało już wszystko a ja znajdowałam się w czarnych głębinach jeziora.
Zimno sprężało moje mięśnie. Później wszystko zniknęło, pozostawał tylko chłód
i brak powietrza. To Ona…
*
Dziewczyna chyba jako jedyna zauważyła zniknięcie Mae, może
dlatego, iż tylko ona nie biła tego wieczoru. Czy oni codziennie tak kończą
wieczór-myślała, gdy właśnie stwierdziła brak kobiety.-Dokąd ona polazła?
Założyła na siebie polar i wyszła z ośrodka. Rzuciła w przestrzeń głuche
pytanie bez odpowiedzi. Słyszała chrzęst gałęzi. Ktoś oddalał się od budynku. Postanowiła
udać się za tym dźwiękiem. Wcale nie starała się być cicho ani nic z tych
rzeczy. Nie obchodziło ją czy pobudzi zwierzęta. Miała nadzieję, że tym
przemykającym cieniem miedzy drzewami jest Mae. Zawsze ją zastanawiało co
siedzi tej kobiecie w głowie. Przez tyle czasu ją ignorowała, można by rzec, iż
robiła jej na złość. Tyle razy przychodziła do kawiarni, w której pracowała
jasnooka. Wiedziała, że się jej podoba a mimo to odgrywała niedostępną. W
między czasie miała kilka partnerek, z którymi również pojawiła się w tamtym
lokalu. Wtedy to chyba to radosne stworzenie zrezygnowało, tak jej się
przynajmniej wydawało. Ale tak naprawdę Mae się jej podobała. Charakter,
wygląd, dłonie i podejście do życia. Była niesprawiedliwa wobec niej. I nawet
teraz, gdy pojawiła się tutaj bez jakiegoś uprzedzenia. Znaczy, wyglądało na
to, iż właściwie tylko jedna osoba nie wiedziała o jej pojawieniu się tutaj. I
była nią właśnie M.
Szła tak w tej prawie całkowitej ciemności zastanawiając
się nad tym. Co by było gdyby wtedy dała jej szansę albo chociaż wykazała
jakieś zainteresowanie. Zaskakiwała ją ta dziewczyna, tak uparta w swoich
zachowaniach, radosna i pełna energii. Skąd się to brało? W końcu dotarła do
wielkich skał, za którymi było słychać wodę uderzającą w kamień. Zauważyła także
zgubę, za którą tutaj podążała.
Jasnooka stała na jakimś starym mostku, nie
wyglądał on za specjalnie. Kobieta przyglądała się jej „z ukrycia”. Ciekawiło
ją co też ona ma zamiar zrobić. I jej zdziwienie było spore, gdy tamta zaczęła
zdejmować z siebie ubrania. Ciało miała jasne i niemal lśniące w tej ciemności.
Widać było jak żebra chodzą jej pod skórą, jak napina wyćwiczone mięśnie.
–Głupia, chyba nie zamierza wskakiwać do tej wody?-odgarnęła czarne włosy za
ucho. Nie wiedziała co ma zrobić. Podejść tam, krzyknąć czy co.
W momencie, gdy
tamta wskakiwała do wody z jej ust wydostało się głośne „Mae”, które rozdarło
ciszę niczym sztylet.-Idiotka-rzuciła zaraz po chwili.
Podbiegła do kawałka wysepki, gdzie dało się dojść do wody.
Spoglądała nerwowo na wodę, nigdzie nie było widać M, w końcu była ciemna noc!
Nie było również oznak wypuszczanego powietrza!
Kobieta zaczęła się w pośpiechu rozbierać, miała zamiar wskoczyć ratować
tą bezmyślną dziewuchę. Gdy usłyszała plusk uniosła oczy do góry. Ujrzała
brązowe włosy, jasne ciało, które teraz całe mokre iskrzyło się jeszcze bardziej
niż wcześniej. Jedna myśl-piękna jak łabędź. Dziewczyna na środku jeziora
wyglądała pięknie, brała głębokie oddechy, unosząc swoją klatę piersiową.
Kobiecie przywodziło namyśl teraz tylko łabędzie. Lubiła te ptaki, które były
tak dostojne w swojej naturze, z którymi słyszała tyle opowieści. Mae spojrzała
na nią zaskoczona.
-Konstancja?
Zaraz też uśmiechnęła się i wyciągnęła dłoń w stronę
rzekomej, stojącej na skrawku plaży.
Mae & K
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)




