piątek, 21 grudnia 2012

Poranna Kawa w Południe.

Drzwi uderzyły niemalże z hukiem o ścianę. Zawsze zapominam, by w końcu je naprawić, bo jak tak dalej pójdzie, to będę miała dziurę. Takie podwójne drzwi, ale one nie są mi wcale potrzebne. We wnęce ukazała mi się postać mojej Opiekunki. Słyszałam wcześniej jak klucz przekręca się w zamku od drzwi wejściowych. Oczywiście domyśliłam się, że to nie mogą być Kochasie, ponieważ oni zamierzali wrócić dopiero w przyszłym tygodni, jeżeli nie po sylwestrze dopiero. Moja natura jednak nie dała mi się długo zastanawiać nad tym faktem, więc po prostu zignorowałam zamek i kroki na korytarzu. Dopiero gdy te drzwi trzasnęły zainteresowałam się cała sprawą.
Rafi nie wyglądała na zadowoloną. Miała lekki grymas, typowy dla siebie, bo ona w życiu nie dałaby po sobie poznać, że coś jest nie tak. Nosek jej był cały czerwony a policzki różowe, wyglądało to uroczo. Jestem pewna, że to był efekt mrozu panującego na dworze. W końcu był środek nocy, w dodatku mamy zimę! 
Podeszła do mnie spokojnie, choć wiem, że tak naprawdę w środku cała się gotowała. Spojrzała przeciągle na moją twarz, oczy. Pokierowała wzrok na komputer i zegarek. Już wiedziałam co od niej usłyszę, ale wciąż siedziałam cicho. Skoro miałam mieć przechlapane, to wolałam sobie sama nie pogarszać sytuacji.
-Czy zdajesz sobie sprawę, która godzina?-zapytała oschle.
-Druga w nocy?-odpowiedziałam potulnie. Nie do końca wiedziałem o co się wścieka. Przecież już nie raz siedziałam do samego rana przy swoim systemie i próbowałam złamać tysiące ludzkich kodów.
-Właśnie, więc marsz mi do łóżka-wskazała ręką na sofę.
-Ale...
-Żadne ale, do łóżka i to migiem.
-Kiedy i tak nie zasnę...
-Jasne. Postaram się, żebyś zasnęła.
-Dobra-odparłam i niechętnie poczłapałam się do łóżka. Tak naprawdę bałam się snu.-Napisz Paniczowi, że życzę jej kolorowych snów-powiedziałam do niej, gdy przebierałam się w piżamę.
Chyba wykonała moją prośbę, ciężko stwierdzić. Przełączyła monitor na tablet i usiadła koło mnie. Delikatnie głaskała mnie po włosach. To przywodziło na myśl książki, które czytuję. Tak zazwyczaj rodzice uspokajają dzieci. Jakie to uczcie, gdy matka chce uspokoić swoją pociechę i ułożyć ją do snu? Mogłam się tylko domyślać, że właśnie takie. Pierwszy raz od tylu dni nie miałam żadnych oporów, żeby zasnąć. Słyszałam jak Rafi cicho nuci pod nosem. Była to stara afrykańska kołysanka, kilka razu już miałam okazję jej słuchać. Moja Opiekunka, choć niezbyt obdarzona głosem wokalny, świetnie radziła sobie w nuceniu tej melodii. Do dziś nie wiem, skąd ona ją zna. Poza tym, zawsze śpiewa ją w oryginalnym języku. Piosenka ta brzmi bardzo egzotycznie i dodatkowo usypia.
Moje powieki dosyć szybko zrobiły się ciężkie. Wtulona w udo Rafael zasnęłam. Głęboki był mój sen.



Do moich nozdrzy dotarł mocny zapach jakiegoś naparu. Nie mogłam rozpoznać co to takiego. Nie ma się co dziwić, dopiero co ocknęłam się z głębokiego snu. Byłam zaskoczona. Leżałam na sobie, przykryta kołdrą po same uszy i czułam się wyspana. Jak ja się tam znalazła? Co właściwie skłoniło mnie do położenia się i zaśnięcia? Miałam czarną plamę w umyśle. Chciałam się podnieść, ale moje ciało odmówiło mi posłuszeństwa. Byłam cała obolała, tak jakby ktoś mnie wczoraj skopał w każdym milimetrze ciała. Czyżby tak organizm daje mi do zrozumienia, że wreszcie wypoczął?
-Jeszcze się nie podnoś-do pokoju weszła Rafi z pomarańczowym kubkiem w dłoni. Położyła go na kredensie i usiadła koło mnie. Nagle mi coś zaświtało. Wczoraj wpadła tutaj zła i kazała mi iść spać. Tak! Jak mogłam o tym zapomnieć? Przecież to było z cztery... spojrzałam na cyfry pojawiające się na ścianie nad monitorami. Była godzina czternasta prawie! To by oznaczało, że spałam około tuzina godzin.
-Dlaczego mnie nie obudziłaś?!-już miałam się zrywać, gdy poczułam mocną dłoń przytrzymującą mnie w pozycji leżące.-Puść...
-Spokojnie, dzisiaj niedziela. Nie musisz się śpieszyć. Poleż jeszcze chwilę.
Obróciłam się na plecy, skoro nie mogłam wstać, to chociaż tyle. Oczywiście Rafi siedziała w samych spodniach, po co komu t-shirt. Nie przeszkadzało mi to zbytnio, mogłam sobie popatrzeć na jego szerokie barki, umięśniona ręce i brzuch. Poza tym, to ja jej tego nauczyłam, eh... Dotknęłam delikatnie jej brzucha. Spojrzała na mnie pytająco, pokręciłam tylko głową. Zawsze podziwiałam jej ciało, chociaż ona sama miała mu wiele do zarzucenia, ale czy nie jest tak zawsze?
-Okej, podnoś się-powiedziała w końcu, ku mojej uciesze rzecz jasna. Podparłam się ramionami i uniosłam. Teraz było wszytko okej, znów czułam władzę nad swoim ciałem. To było bardzo przyjemne. Miałam ochotę wyskoczyć z łóżka i zacząć gdzieś biec, gdziekolwiek. Wiedziałam, że moja Opiekunka mi na to nie pozwoli, więc z miejsca zrezygnowałam z tego pragnienia.
-Umieram z głodu-stwierdziłam na głos. O dziwo talerz z kanapkami leżał obok mnie. Jedzenie zrobione przez Rafael, to dość podejrzane.-Czegoś tam dodała?-zapytałam śmiejąc się cicho. Obie wiedziałyśmy, że nie mówię poważnie. Ona nachyliła się do mnie i zaczęła wymieniać mi szereg nazw, których teraz nie jestem w stanie wam przytoczyć. Zapomniałam ich. Spojrzałam na nią powątpiewająco. Wciąż była na mnie zła.
-Rafi ja p...-chciałam się jej jakoś wytłumaczyć. Była moją Opiekunką i ciągle o mnie dbała, a ja postąpiłam tak lekkomyślnie i taiłam przed nią tyle czasu te informacje. Przecież, przez swoje samolubstwo mogłam zaprzepaścić efekt dotychczasowej jej pracy. Było mi głupio, dopiero teraz! Gdy wpadła do mnie do domu. A w jej oczach wciąż było widać to zwiedzenie mną. Nie dała jednak mi wyjaśnić, kładąc palce na moje usta.
-Muszę iść teraz do pracy.
-Przecież dzisiaj niedziela.
-To nie ma znaczenia.
-Ale...
-Wrócę do ciebie wieczorem. Tylko nie rób nic głupiego i masz odpoczywać, OK? Możesz mi to obiecać?
-Mogę, przeleżę cały dzień w łóżku.
Roześmiała się. Udało mi się nawiązać z nią nić zgody! Miała taki niski śmiech.
-Wykluczone, wtedy mi się rozleniwisz i już nie będziesz chciała nigdzie wychodzić. Masz coś porobić, ale masz nie przemęczać organizmu. Już dostatecznie dałaś mu w kość w tym tygodniu-znów powróciła jej surowość. Coś mi się zdaje, że nie szybko zapomni mi to zaniedbanie. Przecież to nie moja wina, że nie mogłam spać! Z drugiej strony, mogłam jej o tym powiedzieć wcześniej i osobiście, a nie pisać o tym jakieś niestworzone historie.
-Przygotuję ci dobrą kolację.
-OK-pogłaskała mnie po policzku i dała w niego całusa.-To bądź grzeczna i do wieczora-podała mi kubek, który wcześniej tutaj przyniosła.
Wyszła.
Spojrzałam na ciemną ciesz. To była kawa! Jak mogłam nie rozpoznać tego zapachu. Musiałam być naprawdę otępiała, żeby nie wiedzieć co to. Co się dziwić, byłam naprawdę w głębokim śnie, zanim się rozbudziłam. Uśmiechnęłam się do siebie. Do wieczora zostało tylko kilka godzin. Cztery, może pięć. A w dłoniach miałam najlepszą kawę pod słońcem. Tak, Rafi jest mistrzem w parzeniu kawy. 
Upiłam łyk i poczułam jak niebiański smak rozpływa się po moich kubkach smakowych, a później po całym ciele. To się nazywa pić pyszną poranną kawę (w południe).

sobota, 15 grudnia 2012

Gwieździsta bezsenność.

Kolejny dzień. Wróciłam do pustego domu. Ta dwójka kochasiów wyjechała na święta, już teraz. Ciemność była pocieszeniem a cisza stanowiła ukojenie po całym dniu. Rozebrałam się powoli, kątem oka spoglądałam na swoje ledwo dostrzegalne odbicie w lustrze. Nie włączałam światła. Gdy weszłam do pokoju zaświeciły się niebieskie panele, które były zamontowane przy listwach podłogowych. Rzuciłam torbę na fotel, po chwili dołączyłam do niej część ubrań. Potrzebowałam prysznica.
Letnia woda spływała po moich roztarganych włosach, po ramionach, piersiach, udach, aż do samych stóp. Czułam jak schodzi ze mnie napięcie, rozluźniłam mięśnie. Czysty strumień ściągał ze mnie cały brud i trud tego dnia. Kolejnego dnia.
Nie miałam ochoty nic jeść, mój żołądek nie był w stanie przyjąć żadnej strawy. Zaparzyłam sobie rumiankowej herbaty i udałam się z kubkiem do swej groty. Niebieskie światło migotało z dołu, było blade. Widziałam jak blask ślizga się po moich bosych stopach. Czułam wełniane włoski między palcami, to było miłe uczucie.
Rzuciłam się na łóżko, nie miałam na nic sił. Potworne zmęczenie towarzyszyło mi od kilku dni. Nie znosiłam tego całego przedświątecznego szału. Ludzie latali jak głupi w tą i z powrotem, ale tak naprawdę nie zastanawiali się nad istotą tego co robili. Naprawdę to wszystko zamieniło się w jednoznaczną obłudę? Mój szef, całkiem przeciwnie niż ja, uwielbiał ten okres roku. Podobnie jak Wielkanoc czy inne święta tego typu. Ludzie nie mieli czasu, a może ochoty, wypić kawy zrobionej w domu, zjeść wspólnego obiadu w rodzinnym gronie. Byli zbyt zalatani i zaaferowani. Głupcy, ślepo wierzą, że materialne dobroci zaspokoją ich brak emocjonalnej bliskości. Wtedy wszyscy tłumie do nas przychodzili. Tak tłumnie, że musiałam załatwić, aby nikt nie usiadł na miejscu naszego stałego bywalca. Pan Daniel pojawiał się codziennie, na szczęście, nie wiem co bym zrobiła bez jego otuchy. Inni nawet nie zastanawiali się nad tym co zamawiają, kto im to podaje, jak to smakuje... Kretyni... Naprawdę nie znoszę tego okresu, tej przedświątecznej paniki. Nie boję się pracy, ale jaka to przyjemność, gdy nikt nawet nie ma czasu powiedzieć ci, że było smaczne? Nawet już się nie żegnają, tylko wybiegają z lokalu zostawiając świstki na tacy.
Przekręciłam się na bok, by włączyć projektor gwiazd. Lubię go, jest maleńki, ale tworzy cuda. Wróciłam do leżenia na plecach. Czułam się zmęczona, ale ciało było już całkowicie rozluźnione. Poruszałam palcami, skubiąc przy tym delikatnie koc na sofie. Wpatrywałam się w sufit z nadzieją, że zasnę, ale sen nie chciał przyjść. Znów, kolejna bezsenna noc. Jednak uporczywie wbijałam wzrok w sztucznie wytworzone gwiazdy, były piękne. Gdy byłam dzieckiem kochałam na nie patrzeć całymi nocami. Chodziłam do parku, gdzie kładłam się na świeżej trawie i spoglądałam w szerokie niebo. Lampy gasili dość wcześnie, więc jedynym światłem był księżyc i gwiazdy. Migotały lekko, wyglądały przy tym jakby puszczały do mnie oczko. Zastawiałam się kto też w nie patrzy. Czy ktoś leży gdzieś i spogląda w nocne niebo? Szeptałam wiadomości w przestworza, a one mi odpowiadały cichym szelestem liści i traw, gdzieś w głębi parku słychać było strumień. Wtedy zrywałam się na równe nogi i gnałam do domu, jak najprędzej, póki pamiętałam wiadomość. Zawsze z uśmiechem otwierałam szeroko drzwi i wbiegałam do pokoju, porywałam ołówek i zapisywałam wiadomości. Nigdy nie zauważałam ciemności wokół mnie, dopiero po długich chwilach dostrzegałam pustkę i ciszę w domu. Szłam zamknąć drzwi. Kładłam się spać naciągając koc aż za uszy. Zamykałam mocno oczy i przypomniałam sobie blask mrugających gwiazd, to mnie uspokajało i pozwalało zasnąć. Teraz nie działało. Chociaż nie musiałam mocno zamykać oczu ani naciągać koc na głowę, gwizdy nie przynosiły spodziewanego ukojenia. Nie mogę tego zrozumieć, dlaczego widok, który zawsze był dla mnie wybawieniem teraz nie działa? Czemu pomimo całonocnego wpatrywania się w układ różnych konstelacji nie mogę zasnąć? Ktoś mi kiedyś powiedział, że wszechświat da się opisać, nie mogę się z nim zgodzić. On jest tak przestronny jak nasze myśli, nie da się określić początku ani końca. Podobno wewnętrzne dialogi potrafią naprowadzić nas na odpowiedź. Milczałam, nie tylko nic nie mówiła, ale też moje wnętrze milczało. Nie ma mi nic do powiedzenia?



Wybiła trzecia, wciąż nie spałam. Na dworze zaczął padać deszcz. Poczułam mocny ból w klatce piersiowej. Był on jak nagłe wbicie bardzo grubej igły. Nim zdążyłam zareagować zniknął. Nie na długo, zaraz też poczułam rwanie w nodze. Widocznie nic się nie kończy, nie można zapomnieć o tym co się już kiedyś wydarzyło, nie można tego cofnąć. Ból był niemiłosierny, nie miałam sił z nim walczyć. Zacisnęłam ręce, wbijałam paznokcie w wewnętrzną stronę dłoni. Oddychałam ciężko, nie mogłam złapać głębszego wdechu. Czoło pokryło się ciężkim i zimnym potem. W głowie pojawiła się masa nieskładnych obrazów, jaskrawych, ale monotonnych w barwie. W oczach stanęły mi łzy. Nie mogłam wydobyć z siebie żadnego dźwięku. I ciemność... Ból ustąpił, odszedł donikąd tak jak znikąd się pojawił. Było mi zimno, oddech wciąż był ciężki i nierównomierny. Rozluźniłam ręce, otworzyłam oczy, nie byłam pewna co tam ujrzę. Gwiazdy, przesuwały się wolno po suficie, jak gdyby nic się nie stało. Mrugały delikatnie. To mnie trochę uspokoiło. To był drugi raz w tym tygodniu. Nigdy wcześniej mi się to tak często nie zdarzało... Wyszeptała  kilka słów w przestrzeń mojego pokoju, w odpowiedzi gałąź uderzyła w okno. Dwa razy szybko i mocno, raz wolno i znów mocno. Cztery wyrazy. "To nie Twoja...wina".
Piąta. Deszcze powoli ustępował, była pewna, że zaraz zacznie padać śnieg. Gwiazdy wciąż migotały na moim suficie. Obróciłam się na bok i podsunęłam kolana pod brodę, schowałam w nich twarz. Wiatr szumiał spokojniej. Słyszałam przepływającą wodę w grzejniku. Zaraz ludzie zaczną wstawać. A ja wciąż nie spałam.
Dochodziła szósta. Wreszcie spałam.
Siódma, maleńki kot drapał łapkami framugę mojego okna. Podniosłam niepewnie powieki. Godzina snu. Zawsze lepiej niż nic. Podeszłam do okna, otworzyłam je i wzięłam kociaka do rąk.
-I co, zadowolony jesteś z siebie?-spojrzałam w jego ciemne oczy, westchnęłam cicho.
Na suficie jeszcze chwilę lśniły gwiazdy, wyłączyłam projektor. Noc się skończyłam. Poszłam szykować się na kolejny dzień.
Kociakowi dałam mleka i patrzyłam z uśmiechem jak z apetytem chłeptał je małym języczkiem. Pewnie też nie spał całą noc, biegła gdzieś po tych śmietnikach i teraz był głodny.
Wyglądał tak ślicznie.

Mae

sobota, 29 września 2012

Część druga - Górskie Jezioro.



Moje myśli rozpłynęły się tak szybko jak woda wypełniła moje uszy. Niczego nie było. Wstrzymałam oddech i opadłam na dno. Przejmujące zimno przeszywało moje ciało na wskroś. Lubiłam to uczucie, dowód na to, że ciało jest nieodłączną częścią mnie. Wykonałam kilka żabek i leżałam chwilę na dnie.
Zaraz też pojawiło się pytanie: co ona tutaj robi? Byłam pewna, że nikt mnie nie śledzi, że jestem tutaj sama. W sumie mogłam się tego spodziewać, że tak łatwo mnie podeszła. Moja nieostrożność dała dowody na swoje istnienie. Nie będzie samotnego, wieczornego romansu z księżycem. Stoi tam?
Zaczęło brakować mi powietrza. Odbiłam się od kamieni i kilkoma ruchami rąk podniosłam się do poziomu wody. Trochę lękliwie postanowiłam się wynurzyć. Podpłynęłam nieco bardziej w stronę brzegu i wyprostowałam się. Całą piersią nabierałam powietrza. Potrząsnęłam głową, by mokre kosmyki odsunęły mi się z twarzy.
Ona stała tam, na brzegu. Już zdążyła zdjąć z siebie większość ubrań, czyżby chciała wskoczyć za mną? Przecież nic mi nie groziło. To tylko woda. Racja, może zimna i nieco niepewna, ale nie ma co panikować, byłam dobra w takich rzeczach. Patrzyłam na nią pytająco. To też pewnie dlatego z mych ust wydobyło się:
-Konstancja?
Wiedziałam, że to ona. Nie było innej osoby, którą mogłaby być ta kobieta stojąca na skrawku piasku. To też uśmiechnęłam się delikatnie i wyciągnęłam w jej stronę dłoń. Może się do mnie przyłączy? A może zechce bym wyszła. Serce waliło mi w piersi, to pewnie przez zimno, które powoli zaczynało mnie ogarniać. Jeśli się nie pochoruję, to będzie fart!
Przyglądałam się Jej w spokoju, opanowując oddechy. Na myśl mi nie przyszło, że mogłabym się wstydzić. Rozmyślałam raczej o tym co ona tutaj robi, dlaczego za mną wyszła. I miłe było, że zauważyła brak mojej obecności. Jest piękna. Chyba po raz pierwszy widziałam prawie nagie jej ciało całe. Świetna figura i te długie, falowane, czarne włosy. Nie była blada jak ja, a ciemne oczy teraz podejrzanie lśniły w tej ciemności.
Ruszyła w moją stronę. Kotka-przeszło mi przez myśl. Ruchy tak zgrabne. Kołysząc biodrami wcale nie rozchlapywała wody, przeciwnie, jezioro delikatnie osuwało się pod jej ruchami. Odczuła zimno, było widać to na jej skórze. Ujęła moją dłoń i przysunęła się do mnie bliżej. Poczułam jej piersi na swoim mostu, była nieco niższa ode mnie, niewiele.
-Jestem cała mokra-szepnęłam drżącym głosem. Bałam się zagłuszyć tą panującą dookoła ciszę. Przez chwilę miałam wrażenie, że to po prostu sen albo halucynacja, ale ona odezwała się również, nakazującym tonem.
-Przytul mnie-zażądała jak dziecko. Miała tupet, pojawia się znikąd i już mi rozkazuje. Spojrzałam na Nią. Pomimo tej bijącej od niej pewności twarz miała lekko czerwoną. Wstydziła się?
Wykonałam posłusznie żądanie. Czułam Ją na sobie. Jej ręce obejmujące mnie w tali, nos wbijający się w kark, w którym się ukryła. Jej serce waliło jeszcze bardziej niż moje, a może oba biły równie silnie? Nierównomierny rytm na mojej skórze. Moje czy Jej? Dłońmi przesunęłam bo jej plecach, przeszedł ją dreszcz. Rozpięłam szybko jej biustonosz, po cóż on jej teraz?
Objęłam Konstancję mocno, przyciskając nieco do siebie. Jej oddech sunął po moim karku. Było zimno a równocześnie gorąco.



*

Kobieta stojąca na skrawku piasku wpatrywała się w Tą na środku jeziora, na jej dłoń. Zastanawiała się, co powinna zrobić. Miała obawy. Prawdopodobnie to wszystko skończy się chorobą tej szalonej dziewczyny, której zachciało się kąpieli w jeziorze. Ten uśmiech nie znosił sprzeciwu, to było widać. 
Czarnowłosa nie miała wyboru, ruszyła w stronę M. Ujęła jej dłoń, była chłodna. Zbliżyła się jeszcze bardziej, niemal przylegając do niej całym ciałem. Było jej zimno, a Mae miała mokrą skórę. To samo stwierdzenie usłyszała zaraz z ust szaleńca kąpiącego się po nocach nie wiedzieć gdzie. Skoro już tutaj jestem, co za różnica?-pomyślała i rozkazała dziewczynie się przytulić.
Wyczuła, że tamta się chwilę waha, ale już po chwili poczuła zimne ręce na swoich, jeszcze ciepłych plecach. Konstancja przylgnęła do niej, głowę opierając na jej ramieniu. Czy kiedykolwiek to robiła? Ta chwila zadawała się trwać wiecznie, ostatnio widziała Mae kilka miesięcy temu, wtedy gdy całując się z Inną siedziała w Kawiarni. Chyba po tamtej akcji przestała się tam pojawiać… 
Było jej po prostu głupio. Wtedy i teraz. Sama nie rozumiała swojego postępowania. 
Serca obu kobiet biły mocno, z zima jak i podniecenia. Były tak blisko siebie, obie niemal nagie. Właśnie, Konstancja poczuła jak zgrabne ręce odpinają jej biustonosz. A później ich uścisk stał się jeszcze bardziej zwięzły. No tak, Mae potrafiła robić takie rzeczy. Szalona, ale troskliwa z niej kobieta, bez wątpienia. 
Czarnowłosa w końcu zdobyła się na podniesiecie głowy. Tamta wpatrywała się w nią ze spokojem, choć ona wiedziała, że wcale tak nie jest. Konstancja przesunęła dłonie po karku kobiety i ujęła jej twarz. Wpatrywała się w jasne oczy, które wyrażały teraz tak wiele. Pomyśleć, że kazała im tyle czekać. 
Zbliżyły się twarzami i już po chwili połączyć je pocałunek, delikatny, który zaraz też przerodził się w gorący i namiętny wyraz uczuć. Czarnowłosa poczuła jak Mae ciągnie ją na dół, nie było czasu na protest. Znalazły się pod wodą. Ich włosy splotły się ze sobą, ale nie przerwały pocałunku. Dopiero, gdy zaczęły odczuwać brak powietrza wynurzyły się i rozłączyły. Mae zaczęła się śmiać, Konstancja spojrzała na nią pogardliwie.
-Idiotka-powiedziała i również zaczęła się śmiać, czy spodziewała się takiej akcji? Na pewno nie.
 Ich ręce błądziły po sobie, badając skórę i wyczuwalne pod nią kości. Analizowały swoje mięśnie i twarze. To było tak samo szalone jak i głupie. A wszystko to widział tylko Księżyc, nikt więcej.



Mae & K

środa, 12 września 2012

Część pierwsza - Górskie Jezioro.


Była noc, w normalnych warunkach nikt z mojej ekipy nie zapuściłby się tutaj. Drzewa spokojnie czuwały nad ciemnościami pod ich koronami, tylko niektóre ze sprytnych promieni księżyca przedzierały się przez liście. Była pełnia. Ziemia chrzęszczała pod każdym krokiem. Igły, stare liście, szyszki i drobne gałęzie, wszystko to wydawało cichy szelest po nogami. Nikt nie wiedział, że opuściłam ciepłe schronisko, mimo późnej pory wcale nie ciche.
Nie znałam tych terenów, tutaj byłam po raz pierwszy. Gdybym się zgubiła, prawdopodobnie musiałabym czekać do rana albo nie wiedzieć ile. Właśnie to wzbudzało jeszcze większą chęć urwania się od mojej grupy. Ludzie radośnie pili piwo w schroniskowym pokoju i rozbawieni gawędzili o różnych rzeczach. Musiałam poukładać myśli. Dziś dołączyła do Nas nowa osoba. Kto by pomyślał, że tutaj się pojawi. Z początku byłam zła na Miśka, iż nie powiadomił mnie o tym „szczególe”, tak ważnym dla mnie w dodatku.
Poruszałam się szybko, śledząc te przebiegłe fragmenty jasności. Gdzieś w pobliżu była woda, po nogach ciągnął mi chłód. Denerwował mnie chrzęst wydobywający się spod moim butów, czułam, iż zdradza to moją pozycję. Byłam jak skradający się zwierz, choć tak naprawdę po prostu wyszłam nabrać powietrza. Słyszałam od Gospodyni, że w pobliżu jest jezioro. Ekipa zarządziła wyprawę nad nie dnia następnego, lecz ja nie mogłam czekać, chciałam zobaczyć je już w tej chwili.
Mój oddech przedzierał powietrze tworząc cichy świst, gdyby było tutaj jakieś stworzenie na pewno by uciekło. Nie było szans na odnalezienia Rysia czy innego kociaka. Ptaki i wiewiórki już spały, chociaż co jakiś czas coś przemykało między drzewami podobnie jak ja. Szłam szybko.
W końcu moim oczom ukazała się woda. Zewsząd otoczona kamieniami i trzcinami. Były tylko dwie drogi prowadzące do głębin jeziora. Mały skrawek piaszczystego zakola i mały, wyniszczały pomost. Bele były pokryte zieloną mazią, zaś drewno w wielu miejscach przeżarte, niektóre połamane. Mógł zawalić się w każdej chwili.
Granatowa woda iskrzyła się w szarym świetle. Za sprawą małych pajączków kręgi wodne rozchodziły się z  każdej strony. Księżyc skrywał się wśród dzikich chaszczy, nie chcąc pojawić się na środku. Przypomniała mi się historia dwóch braci bliźniaków, którzy chcieli mieć Księżyc tylko dla siebie. Pomyśleć, że tyle przeszli tylko po do by zostać z workiem kamieni. To była powieść mojego dzieciństwa, smutna bajka, ale prawdziwa. Pamiętałam ten kobiecy głos lektora i tych chłopców. Kasetę puszczałam, gdy tylko miałam okazję. Słuchałam ją z bratem.
Jezioro kusiło mnie swoim powabem. Chciałam skryć się w nim, zanurzyć ciepłą od myśli głowę. Górska woda bywa zdradliwa. Przy brzegu płytka nie wiadomo kiedy zanurza cię całą. I prawie nigdy ciepła. A na pewno nie dziś, ten chłód było czuć nawet stojąc nad tymi skałami. Wpatrywałam się w mroczną otchłań. I znów zebrało mi się na wspomnienia. Historia nie dotyczyła bezpośrednio mojej osoby, ale poniekąd, Alex. Ciekawiło mnie co teraz robi i jak idą jej zmagania z Aelis, obydwie tak dziecinne i zagubione, obie zaślepione własnymi potrzebami. Smuciło mnie, że Alex musiała wybrać właśnie ją, to chyba był  jednak z najgorszych wyborów. Nam… Ona również biegała po mojej głowie, jak zwykle nieuchwytna, nawet tutaj. Zdaje mi się, iż wcale się nie zmieniła. Tak bardzo skupiona na tym by nie zostać zranioną…
Postanowiłam zmierzyć się z głębiną. Weszłam na pomost, który pod moimi krokami cicho zaskrzypiał. Stare drewno odzwyczaiło się od ludzkiej obecności i dawało mi o tym znać. Ostrożnie podeszłam do krawędzi. Usiadłam i zaczęłam pozbywać się butów. Nie śpiesząc się rozwiązywałam białe sznurowadła czarnych trepów. Odhaczając materiał z kolejnych zaczepów myślałam o tym co się dzieje w moim życiu przez ostatnie dni, miesiące, lata. Dokąd zmierzam i co na celu mają te wszystkie gesty. Uśmiechnęłam się na wspomnienie pracy, od której właśnie miałam przerwę.  Lubiłam to co robię, codziennie tyle twarzy i zmagań. Zaraz też przypomniałam sobie o Tajemniczości, która mnie otacza. Rozmawiam z tylko ludźmi, ale nie chcę się z nimi wiązać. To co tworzę jest tylko tam, gdzie się zrodziło. Nie ciągnie mnie do ujrzenia ich wszystkich, wolę to co stworzyliśmy. Bałam się zawodu.
Zdjęłam buty i skarpetki. Wstałam, przez głowę ściągnęłam czarną koszulę. Później zsunęłam z bioder szare spodenki. Stałam tak tylko w białych bokserkach. Czułam jak wiatr przesuwa się zwinnie po mojej skórze, która pokazywała to w naturalny sposób. Nie było zimno. Wpatrywałam się jeszcze chwilę w wodę z zamiarem zanurzenia w niej głowy. Teraz myśli jeszcze miały szansę szybko przemknąć się przez moją głowę.
Obiłam się od ostatniej deski i wybiłam się w powietrze. Wiatr nadał kierunek mojemu ciału.
-Mae!-usłyszałam nim moje uszy wypełniły się wodą. Ciśnienie zagłuszało już wszystko a ja znajdowałam się w czarnych głębinach jeziora. Zimno sprężało moje mięśnie. Później wszystko zniknęło, pozostawał tylko chłód i brak powietrza. To Ona…

*

Dziewczyna chyba jako jedyna zauważyła zniknięcie Mae, może dlatego, iż tylko ona nie biła tego wieczoru. Czy oni codziennie tak kończą wieczór-myślała, gdy właśnie stwierdziła brak kobiety.-Dokąd ona polazła? 
Założyła na siebie polar i wyszła z ośrodka. Rzuciła w przestrzeń głuche pytanie bez odpowiedzi. Słyszała chrzęst gałęzi. Ktoś oddalał się od budynku. Postanowiła udać się za tym dźwiękiem. Wcale nie starała się być cicho ani nic z tych rzeczy. Nie obchodziło ją czy pobudzi zwierzęta. Miała nadzieję, że tym przemykającym cieniem miedzy drzewami jest Mae. Zawsze ją zastanawiało co siedzi tej kobiecie w głowie. Przez tyle czasu ją ignorowała, można by rzec, iż robiła jej na złość. Tyle razy przychodziła do kawiarni, w której pracowała jasnooka. Wiedziała, że się jej podoba a mimo to odgrywała niedostępną. W między czasie miała kilka partnerek, z którymi również pojawiła się w tamtym lokalu. Wtedy to chyba to radosne stworzenie zrezygnowało, tak jej się przynajmniej wydawało. Ale tak naprawdę Mae się jej podobała. Charakter, wygląd, dłonie i podejście do życia. Była niesprawiedliwa wobec niej. I nawet teraz, gdy pojawiła się tutaj bez jakiegoś uprzedzenia. Znaczy, wyglądało na to, iż właściwie tylko jedna osoba nie wiedziała o jej pojawieniu się tutaj. I była nią właśnie M. 
Szła tak w tej prawie całkowitej ciemności zastanawiając się nad tym. Co by było gdyby wtedy dała jej szansę albo chociaż wykazała jakieś zainteresowanie. Zaskakiwała ją ta dziewczyna, tak uparta w swoich zachowaniach, radosna i pełna energii. Skąd się to brało? W końcu dotarła do wielkich skał, za którymi było słychać wodę uderzającą w kamień. Zauważyła także zgubę, za którą tutaj podążała. 
Jasnooka stała na jakimś starym mostku, nie wyglądał on za specjalnie. Kobieta przyglądała się jej „z ukrycia”. Ciekawiło ją co też ona ma zamiar zrobić. I jej zdziwienie było spore, gdy tamta zaczęła zdejmować z siebie ubrania. Ciało miała jasne i niemal lśniące w tej ciemności. Widać było jak żebra chodzą jej pod skórą, jak napina wyćwiczone mięśnie. –Głupia, chyba nie zamierza wskakiwać do tej wody?-odgarnęła czarne włosy za ucho. Nie wiedziała co ma zrobić. Podejść tam, krzyknąć czy co.
W momencie, gdy tamta wskakiwała do wody z jej ust wydostało się głośne „Mae”, które rozdarło ciszę niczym sztylet.-Idiotka-rzuciła zaraz po chwili. 
Podbiegła do  kawałka wysepki, gdzie dało się dojść do wody. Spoglądała nerwowo na wodę, nigdzie nie było widać M, w końcu była ciemna noc! Nie było również oznak wypuszczanego powietrza!  Kobieta zaczęła się w pośpiechu rozbierać, miała zamiar wskoczyć ratować tą bezmyślną dziewuchę. Gdy usłyszała plusk uniosła oczy do góry. Ujrzała brązowe włosy, jasne ciało, które teraz całe mokre iskrzyło się jeszcze bardziej niż wcześniej. Jedna myśl-piękna jak łabędź. Dziewczyna na środku jeziora wyglądała pięknie, brała głębokie oddechy, unosząc swoją klatę piersiową. Kobiecie przywodziło namyśl teraz tylko łabędzie. Lubiła te ptaki, które były tak dostojne w swojej naturze, z którymi słyszała tyle opowieści. Mae spojrzała na nią zaskoczona.
-Konstancja?
Zaraz też uśmiechnęła się i wyciągnęła dłoń w stronę rzekomej, stojącej na skrawku plaży.

Mae & K

wtorek, 11 września 2012

Raz pierwszy-przywitanie.

Dzień dobry. Dobry wieczór! 

  1. Imię moje Mae, wierzcie lub nie.
  • Wiek mam taki całkiem dojrzały.
  • Oczy jasne a włosy brązowe. 
  •  Radosna ze mnie istota i lubię rozmawiać.
  •  Jakbyście chcieli pisać to na mejla, później dam gadu, jeżeli stwierdzę, iż warto.
  • Kiedyś opowiem Wam moją historię....


  1. Imię jej to Konstancja (jak moje nazwisko).
  • Dojrzalsza ode mnie o "lat" kilka.
  • Oczy ciemne jak włosy.
  • Poważna istota, która ma własne intencje.
  • Z nią pisać-to też na mejla.
  • Kiedyś opowie Wam swoją historię...


Nie istniejemy, serio!
Nigdzie nas nie znajdziesz.

Pisać będziemy razem. Raz ja, raz ona, raz razem.
To co nas łączy jest dziwne. 

Nie zdradzę Wam żadnej naszej tajemnicy. Ni mojej ni jej. 
To co tu napiszę będzie słowami i wydarzeniami osadzonymi w jakimś czasie, może nawet i miejscu.
Czy fikcja to będzie? Wam nie zdradzę. To już Wasza zagadka.

Częstotliwość zmienna, zależy od chęci...

Mae