Drzwi uderzyły niemalże z hukiem o ścianę. Zawsze zapominam, by w końcu je naprawić, bo jak tak dalej pójdzie, to będę miała dziurę. Takie podwójne drzwi, ale one nie są mi wcale potrzebne. We wnęce ukazała mi się postać mojej Opiekunki. Słyszałam wcześniej jak klucz przekręca się w zamku od drzwi wejściowych. Oczywiście domyśliłam się, że to nie mogą być Kochasie, ponieważ oni zamierzali wrócić dopiero w przyszłym tygodni, jeżeli nie po sylwestrze dopiero. Moja natura jednak nie dała mi się długo zastanawiać nad tym faktem, więc po prostu zignorowałam zamek i kroki na korytarzu. Dopiero gdy te drzwi trzasnęły zainteresowałam się cała sprawą.
Rafi nie wyglądała na zadowoloną. Miała lekki grymas, typowy dla siebie, bo ona w życiu nie dałaby po sobie poznać, że coś jest nie tak. Nosek jej był cały czerwony a policzki różowe, wyglądało to uroczo. Jestem pewna, że to był efekt mrozu panującego na dworze. W końcu był środek nocy, w dodatku mamy zimę!
Podeszła do mnie spokojnie, choć wiem, że tak naprawdę w środku cała się gotowała. Spojrzała przeciągle na moją twarz, oczy. Pokierowała wzrok na komputer i zegarek. Już wiedziałam co od niej usłyszę, ale wciąż siedziałam cicho. Skoro miałam mieć przechlapane, to wolałam sobie sama nie pogarszać sytuacji.
-Czy zdajesz sobie sprawę, która godzina?-zapytała oschle.
-Druga w nocy?-odpowiedziałam potulnie. Nie do końca wiedziałem o co się wścieka. Przecież już nie raz siedziałam do samego rana przy swoim systemie i próbowałam złamać tysiące ludzkich kodów.
-Właśnie, więc marsz mi do łóżka-wskazała ręką na sofę.
-Ale...
-Żadne ale, do łóżka i to migiem.
-Kiedy i tak nie zasnę...
-Jasne. Postaram się, żebyś zasnęła.
-Dobra-odparłam i niechętnie poczłapałam się do łóżka. Tak naprawdę bałam się snu.-Napisz Paniczowi, że życzę jej kolorowych snów-powiedziałam do niej, gdy przebierałam się w piżamę.
Chyba wykonała moją prośbę, ciężko stwierdzić. Przełączyła monitor na tablet i usiadła koło mnie. Delikatnie głaskała mnie po włosach. To przywodziło na myśl książki, które czytuję. Tak zazwyczaj rodzice uspokajają dzieci. Jakie to uczcie, gdy matka chce uspokoić swoją pociechę i ułożyć ją do snu? Mogłam się tylko domyślać, że właśnie takie. Pierwszy raz od tylu dni nie miałam żadnych oporów, żeby zasnąć. Słyszałam jak Rafi cicho nuci pod nosem. Była to stara afrykańska kołysanka, kilka razu już miałam okazję jej słuchać. Moja Opiekunka, choć niezbyt obdarzona głosem wokalny, świetnie radziła sobie w nuceniu tej melodii. Do dziś nie wiem, skąd ona ją zna. Poza tym, zawsze śpiewa ją w oryginalnym języku. Piosenka ta brzmi bardzo egzotycznie i dodatkowo usypia.
Moje powieki dosyć szybko zrobiły się ciężkie. Wtulona w udo Rafael zasnęłam. Głęboki był mój sen.
Do moich nozdrzy dotarł mocny zapach jakiegoś naparu. Nie mogłam rozpoznać co to takiego. Nie ma się co dziwić, dopiero co ocknęłam się z głębokiego snu. Byłam zaskoczona. Leżałam na sobie, przykryta kołdrą po same uszy i czułam się wyspana. Jak ja się tam znalazła? Co właściwie skłoniło mnie do położenia się i zaśnięcia? Miałam czarną plamę w umyśle. Chciałam się podnieść, ale moje ciało odmówiło mi posłuszeństwa. Byłam cała obolała, tak jakby ktoś mnie wczoraj skopał w każdym milimetrze ciała. Czyżby tak organizm daje mi do zrozumienia, że wreszcie wypoczął?
-Jeszcze się nie podnoś-do pokoju weszła Rafi z pomarańczowym kubkiem w dłoni. Położyła go na kredensie i usiadła koło mnie. Nagle mi coś zaświtało. Wczoraj wpadła tutaj zła i kazała mi iść spać. Tak! Jak mogłam o tym zapomnieć? Przecież to było z cztery... spojrzałam na cyfry pojawiające się na ścianie nad monitorami. Była godzina czternasta prawie! To by oznaczało, że spałam około tuzina godzin.
-Dlaczego mnie nie obudziłaś?!-już miałam się zrywać, gdy poczułam mocną dłoń przytrzymującą mnie w pozycji leżące.-Puść...
-Spokojnie, dzisiaj niedziela. Nie musisz się śpieszyć. Poleż jeszcze chwilę.
Obróciłam się na plecy, skoro nie mogłam wstać, to chociaż tyle. Oczywiście Rafi siedziała w samych spodniach, po co komu t-shirt. Nie przeszkadzało mi to zbytnio, mogłam sobie popatrzeć na jego szerokie barki, umięśniona ręce i brzuch. Poza tym, to ja jej tego nauczyłam, eh... Dotknęłam delikatnie jej brzucha. Spojrzała na mnie pytająco, pokręciłam tylko głową. Zawsze podziwiałam jej ciało, chociaż ona sama miała mu wiele do zarzucenia, ale czy nie jest tak zawsze?
-Okej, podnoś się-powiedziała w końcu, ku mojej uciesze rzecz jasna. Podparłam się ramionami i uniosłam. Teraz było wszytko okej, znów czułam władzę nad swoim ciałem. To było bardzo przyjemne. Miałam ochotę wyskoczyć z łóżka i zacząć gdzieś biec, gdziekolwiek. Wiedziałam, że moja Opiekunka mi na to nie pozwoli, więc z miejsca zrezygnowałam z tego pragnienia.
-Umieram z głodu-stwierdziłam na głos. O dziwo talerz z kanapkami leżał obok mnie. Jedzenie zrobione przez Rafael, to dość podejrzane.-Czegoś tam dodała?-zapytałam śmiejąc się cicho. Obie wiedziałyśmy, że nie mówię poważnie. Ona nachyliła się do mnie i zaczęła wymieniać mi szereg nazw, których teraz nie jestem w stanie wam przytoczyć. Zapomniałam ich. Spojrzałam na nią powątpiewająco. Wciąż była na mnie zła.
-Rafi ja p...-chciałam się jej jakoś wytłumaczyć. Była moją Opiekunką i ciągle o mnie dbała, a ja postąpiłam tak lekkomyślnie i taiłam przed nią tyle czasu te informacje. Przecież, przez swoje samolubstwo mogłam zaprzepaścić efekt dotychczasowej jej pracy. Było mi głupio, dopiero teraz! Gdy wpadła do mnie do domu. A w jej oczach wciąż było widać to zwiedzenie mną. Nie dała jednak mi wyjaśnić, kładąc palce na moje usta.
-Muszę iść teraz do pracy.
-Przecież dzisiaj niedziela.
-To nie ma znaczenia.
-Ale...
-Wrócę do ciebie wieczorem. Tylko nie rób nic głupiego i masz odpoczywać, OK? Możesz mi to obiecać?
-Mogę, przeleżę cały dzień w łóżku.
Roześmiała się. Udało mi się nawiązać z nią nić zgody! Miała taki niski śmiech.
-Wykluczone, wtedy mi się rozleniwisz i już nie będziesz chciała nigdzie wychodzić. Masz coś porobić, ale masz nie przemęczać organizmu. Już dostatecznie dałaś mu w kość w tym tygodniu-znów powróciła jej surowość. Coś mi się zdaje, że nie szybko zapomni mi to zaniedbanie. Przecież to nie moja wina, że nie mogłam spać! Z drugiej strony, mogłam jej o tym powiedzieć wcześniej i osobiście, a nie pisać o tym jakieś niestworzone historie.
-Przygotuję ci dobrą kolację.
-OK-pogłaskała mnie po policzku i dała w niego całusa.-To bądź grzeczna i do wieczora-podała mi kubek, który wcześniej tutaj przyniosła.
Wyszła.
Spojrzałam na ciemną ciesz. To była kawa! Jak mogłam nie rozpoznać tego zapachu. Musiałam być naprawdę otępiała, żeby nie wiedzieć co to. Co się dziwić, byłam naprawdę w głębokim śnie, zanim się rozbudziłam. Uśmiechnęłam się do siebie. Do wieczora zostało tylko kilka godzin. Cztery, może pięć. A w dłoniach miałam najlepszą kawę pod słońcem. Tak, Rafi jest mistrzem w parzeniu kawy.
Upiłam łyk i poczułam jak niebiański smak rozpływa się po moich kubkach smakowych, a później po całym ciele. To się nazywa pić pyszną poranną kawę (w południe).
piątek, 21 grudnia 2012
sobota, 15 grudnia 2012
Gwieździsta bezsenność.
Kolejny dzień. Wróciłam do pustego domu. Ta dwójka kochasiów wyjechała na święta, już teraz. Ciemność była pocieszeniem a cisza stanowiła ukojenie po całym dniu. Rozebrałam się powoli, kątem oka spoglądałam na swoje ledwo dostrzegalne odbicie w lustrze. Nie włączałam światła. Gdy weszłam do pokoju zaświeciły się niebieskie panele, które były zamontowane przy listwach podłogowych. Rzuciłam torbę na fotel, po chwili dołączyłam do niej część ubrań. Potrzebowałam prysznica.
Letnia woda spływała po moich roztarganych włosach, po ramionach, piersiach, udach, aż do samych stóp. Czułam jak schodzi ze mnie napięcie, rozluźniłam mięśnie. Czysty strumień ściągał ze mnie cały brud i trud tego dnia. Kolejnego dnia.
Nie miałam ochoty nic jeść, mój żołądek nie był w stanie przyjąć żadnej strawy. Zaparzyłam sobie rumiankowej herbaty i udałam się z kubkiem do swej groty. Niebieskie światło migotało z dołu, było blade. Widziałam jak blask ślizga się po moich bosych stopach. Czułam wełniane włoski między palcami, to było miłe uczucie.
Rzuciłam się na łóżko, nie miałam na nic sił. Potworne zmęczenie towarzyszyło mi od kilku dni. Nie znosiłam tego całego przedświątecznego szału. Ludzie latali jak głupi w tą i z powrotem, ale tak naprawdę nie zastanawiali się nad istotą tego co robili. Naprawdę to wszystko zamieniło się w jednoznaczną obłudę? Mój szef, całkiem przeciwnie niż ja, uwielbiał ten okres roku. Podobnie jak Wielkanoc czy inne święta tego typu. Ludzie nie mieli czasu, a może ochoty, wypić kawy zrobionej w domu, zjeść wspólnego obiadu w rodzinnym gronie. Byli zbyt zalatani i zaaferowani. Głupcy, ślepo wierzą, że materialne dobroci zaspokoją ich brak emocjonalnej bliskości. Wtedy wszyscy tłumie do nas przychodzili. Tak tłumnie, że musiałam załatwić, aby nikt nie usiadł na miejscu naszego stałego bywalca. Pan Daniel pojawiał się codziennie, na szczęście, nie wiem co bym zrobiła bez jego otuchy. Inni nawet nie zastanawiali się nad tym co zamawiają, kto im to podaje, jak to smakuje... Kretyni... Naprawdę nie znoszę tego okresu, tej przedświątecznej paniki. Nie boję się pracy, ale jaka to przyjemność, gdy nikt nawet nie ma czasu powiedzieć ci, że było smaczne? Nawet już się nie żegnają, tylko wybiegają z lokalu zostawiając świstki na tacy.
Przekręciłam się na bok, by włączyć projektor gwiazd. Lubię go, jest maleńki, ale tworzy cuda. Wróciłam do leżenia na plecach. Czułam się zmęczona, ale ciało było już całkowicie rozluźnione. Poruszałam palcami, skubiąc przy tym delikatnie koc na sofie. Wpatrywałam się w sufit z nadzieją, że zasnę, ale sen nie chciał przyjść. Znów, kolejna bezsenna noc. Jednak uporczywie wbijałam wzrok w sztucznie wytworzone gwiazdy, były piękne. Gdy byłam dzieckiem kochałam na nie patrzeć całymi nocami. Chodziłam do parku, gdzie kładłam się na świeżej trawie i spoglądałam w szerokie niebo. Lampy gasili dość wcześnie, więc jedynym światłem był księżyc i gwiazdy. Migotały lekko, wyglądały przy tym jakby puszczały do mnie oczko. Zastawiałam się kto też w nie patrzy. Czy ktoś leży gdzieś i spogląda w nocne niebo? Szeptałam wiadomości w przestworza, a one mi odpowiadały cichym szelestem liści i traw, gdzieś w głębi parku słychać było strumień. Wtedy zrywałam się na równe nogi i gnałam do domu, jak najprędzej, póki pamiętałam wiadomość. Zawsze z uśmiechem otwierałam szeroko drzwi i wbiegałam do pokoju, porywałam ołówek i zapisywałam wiadomości. Nigdy nie zauważałam ciemności wokół mnie, dopiero po długich chwilach dostrzegałam pustkę i ciszę w domu. Szłam zamknąć drzwi. Kładłam się spać naciągając koc aż za uszy. Zamykałam mocno oczy i przypomniałam sobie blask mrugających gwiazd, to mnie uspokajało i pozwalało zasnąć. Teraz nie działało. Chociaż nie musiałam mocno zamykać oczu ani naciągać koc na głowę, gwizdy nie przynosiły spodziewanego ukojenia. Nie mogę tego zrozumieć, dlaczego widok, który zawsze był dla mnie wybawieniem teraz nie działa? Czemu pomimo całonocnego wpatrywania się w układ różnych konstelacji nie mogę zasnąć? Ktoś mi kiedyś powiedział, że wszechświat da się opisać, nie mogę się z nim zgodzić. On jest tak przestronny jak nasze myśli, nie da się określić początku ani końca. Podobno wewnętrzne dialogi potrafią naprowadzić nas na odpowiedź. Milczałam, nie tylko nic nie mówiła, ale też moje wnętrze milczało. Nie ma mi nic do powiedzenia?
Wybiła trzecia, wciąż nie spałam. Na dworze zaczął padać deszcz. Poczułam mocny ból w klatce piersiowej. Był on jak nagłe wbicie bardzo grubej igły. Nim zdążyłam zareagować zniknął. Nie na długo, zaraz też poczułam rwanie w nodze. Widocznie nic się nie kończy, nie można zapomnieć o tym co się już kiedyś wydarzyło, nie można tego cofnąć. Ból był niemiłosierny, nie miałam sił z nim walczyć. Zacisnęłam ręce, wbijałam paznokcie w wewnętrzną stronę dłoni. Oddychałam ciężko, nie mogłam złapać głębszego wdechu. Czoło pokryło się ciężkim i zimnym potem. W głowie pojawiła się masa nieskładnych obrazów, jaskrawych, ale monotonnych w barwie. W oczach stanęły mi łzy. Nie mogłam wydobyć z siebie żadnego dźwięku. I ciemność... Ból ustąpił, odszedł donikąd tak jak znikąd się pojawił. Było mi zimno, oddech wciąż był ciężki i nierównomierny. Rozluźniłam ręce, otworzyłam oczy, nie byłam pewna co tam ujrzę. Gwiazdy, przesuwały się wolno po suficie, jak gdyby nic się nie stało. Mrugały delikatnie. To mnie trochę uspokoiło. To był drugi raz w tym tygodniu. Nigdy wcześniej mi się to tak często nie zdarzało... Wyszeptała kilka słów w przestrzeń mojego pokoju, w odpowiedzi gałąź uderzyła w okno. Dwa razy szybko i mocno, raz wolno i znów mocno. Cztery wyrazy. "To nie Twoja...wina".
Piąta. Deszcze powoli ustępował, była pewna, że zaraz zacznie padać śnieg. Gwiazdy wciąż migotały na moim suficie. Obróciłam się na bok i podsunęłam kolana pod brodę, schowałam w nich twarz. Wiatr szumiał spokojniej. Słyszałam przepływającą wodę w grzejniku. Zaraz ludzie zaczną wstawać. A ja wciąż nie spałam.
Dochodziła szósta. Wreszcie spałam.
Siódma, maleńki kot drapał łapkami framugę mojego okna. Podniosłam niepewnie powieki. Godzina snu. Zawsze lepiej niż nic. Podeszłam do okna, otworzyłam je i wzięłam kociaka do rąk.
-I co, zadowolony jesteś z siebie?-spojrzałam w jego ciemne oczy, westchnęłam cicho.
Na suficie jeszcze chwilę lśniły gwiazdy, wyłączyłam projektor. Noc się skończyłam. Poszłam szykować się na kolejny dzień.
Kociakowi dałam mleka i patrzyłam z uśmiechem jak z apetytem chłeptał je małym języczkiem. Pewnie też nie spał całą noc, biegła gdzieś po tych śmietnikach i teraz był głodny.
Wyglądał tak ślicznie.
Letnia woda spływała po moich roztarganych włosach, po ramionach, piersiach, udach, aż do samych stóp. Czułam jak schodzi ze mnie napięcie, rozluźniłam mięśnie. Czysty strumień ściągał ze mnie cały brud i trud tego dnia. Kolejnego dnia.
Nie miałam ochoty nic jeść, mój żołądek nie był w stanie przyjąć żadnej strawy. Zaparzyłam sobie rumiankowej herbaty i udałam się z kubkiem do swej groty. Niebieskie światło migotało z dołu, było blade. Widziałam jak blask ślizga się po moich bosych stopach. Czułam wełniane włoski między palcami, to było miłe uczucie.
Rzuciłam się na łóżko, nie miałam na nic sił. Potworne zmęczenie towarzyszyło mi od kilku dni. Nie znosiłam tego całego przedświątecznego szału. Ludzie latali jak głupi w tą i z powrotem, ale tak naprawdę nie zastanawiali się nad istotą tego co robili. Naprawdę to wszystko zamieniło się w jednoznaczną obłudę? Mój szef, całkiem przeciwnie niż ja, uwielbiał ten okres roku. Podobnie jak Wielkanoc czy inne święta tego typu. Ludzie nie mieli czasu, a może ochoty, wypić kawy zrobionej w domu, zjeść wspólnego obiadu w rodzinnym gronie. Byli zbyt zalatani i zaaferowani. Głupcy, ślepo wierzą, że materialne dobroci zaspokoją ich brak emocjonalnej bliskości. Wtedy wszyscy tłumie do nas przychodzili. Tak tłumnie, że musiałam załatwić, aby nikt nie usiadł na miejscu naszego stałego bywalca. Pan Daniel pojawiał się codziennie, na szczęście, nie wiem co bym zrobiła bez jego otuchy. Inni nawet nie zastanawiali się nad tym co zamawiają, kto im to podaje, jak to smakuje... Kretyni... Naprawdę nie znoszę tego okresu, tej przedświątecznej paniki. Nie boję się pracy, ale jaka to przyjemność, gdy nikt nawet nie ma czasu powiedzieć ci, że było smaczne? Nawet już się nie żegnają, tylko wybiegają z lokalu zostawiając świstki na tacy.
Przekręciłam się na bok, by włączyć projektor gwiazd. Lubię go, jest maleńki, ale tworzy cuda. Wróciłam do leżenia na plecach. Czułam się zmęczona, ale ciało było już całkowicie rozluźnione. Poruszałam palcami, skubiąc przy tym delikatnie koc na sofie. Wpatrywałam się w sufit z nadzieją, że zasnę, ale sen nie chciał przyjść. Znów, kolejna bezsenna noc. Jednak uporczywie wbijałam wzrok w sztucznie wytworzone gwiazdy, były piękne. Gdy byłam dzieckiem kochałam na nie patrzeć całymi nocami. Chodziłam do parku, gdzie kładłam się na świeżej trawie i spoglądałam w szerokie niebo. Lampy gasili dość wcześnie, więc jedynym światłem był księżyc i gwiazdy. Migotały lekko, wyglądały przy tym jakby puszczały do mnie oczko. Zastawiałam się kto też w nie patrzy. Czy ktoś leży gdzieś i spogląda w nocne niebo? Szeptałam wiadomości w przestworza, a one mi odpowiadały cichym szelestem liści i traw, gdzieś w głębi parku słychać było strumień. Wtedy zrywałam się na równe nogi i gnałam do domu, jak najprędzej, póki pamiętałam wiadomość. Zawsze z uśmiechem otwierałam szeroko drzwi i wbiegałam do pokoju, porywałam ołówek i zapisywałam wiadomości. Nigdy nie zauważałam ciemności wokół mnie, dopiero po długich chwilach dostrzegałam pustkę i ciszę w domu. Szłam zamknąć drzwi. Kładłam się spać naciągając koc aż za uszy. Zamykałam mocno oczy i przypomniałam sobie blask mrugających gwiazd, to mnie uspokajało i pozwalało zasnąć. Teraz nie działało. Chociaż nie musiałam mocno zamykać oczu ani naciągać koc na głowę, gwizdy nie przynosiły spodziewanego ukojenia. Nie mogę tego zrozumieć, dlaczego widok, który zawsze był dla mnie wybawieniem teraz nie działa? Czemu pomimo całonocnego wpatrywania się w układ różnych konstelacji nie mogę zasnąć? Ktoś mi kiedyś powiedział, że wszechświat da się opisać, nie mogę się z nim zgodzić. On jest tak przestronny jak nasze myśli, nie da się określić początku ani końca. Podobno wewnętrzne dialogi potrafią naprowadzić nas na odpowiedź. Milczałam, nie tylko nic nie mówiła, ale też moje wnętrze milczało. Nie ma mi nic do powiedzenia?
Wybiła trzecia, wciąż nie spałam. Na dworze zaczął padać deszcz. Poczułam mocny ból w klatce piersiowej. Był on jak nagłe wbicie bardzo grubej igły. Nim zdążyłam zareagować zniknął. Nie na długo, zaraz też poczułam rwanie w nodze. Widocznie nic się nie kończy, nie można zapomnieć o tym co się już kiedyś wydarzyło, nie można tego cofnąć. Ból był niemiłosierny, nie miałam sił z nim walczyć. Zacisnęłam ręce, wbijałam paznokcie w wewnętrzną stronę dłoni. Oddychałam ciężko, nie mogłam złapać głębszego wdechu. Czoło pokryło się ciężkim i zimnym potem. W głowie pojawiła się masa nieskładnych obrazów, jaskrawych, ale monotonnych w barwie. W oczach stanęły mi łzy. Nie mogłam wydobyć z siebie żadnego dźwięku. I ciemność... Ból ustąpił, odszedł donikąd tak jak znikąd się pojawił. Było mi zimno, oddech wciąż był ciężki i nierównomierny. Rozluźniłam ręce, otworzyłam oczy, nie byłam pewna co tam ujrzę. Gwiazdy, przesuwały się wolno po suficie, jak gdyby nic się nie stało. Mrugały delikatnie. To mnie trochę uspokoiło. To był drugi raz w tym tygodniu. Nigdy wcześniej mi się to tak często nie zdarzało... Wyszeptała kilka słów w przestrzeń mojego pokoju, w odpowiedzi gałąź uderzyła w okno. Dwa razy szybko i mocno, raz wolno i znów mocno. Cztery wyrazy. "To nie Twoja...wina".
Piąta. Deszcze powoli ustępował, była pewna, że zaraz zacznie padać śnieg. Gwiazdy wciąż migotały na moim suficie. Obróciłam się na bok i podsunęłam kolana pod brodę, schowałam w nich twarz. Wiatr szumiał spokojniej. Słyszałam przepływającą wodę w grzejniku. Zaraz ludzie zaczną wstawać. A ja wciąż nie spałam.
Dochodziła szósta. Wreszcie spałam.
Siódma, maleńki kot drapał łapkami framugę mojego okna. Podniosłam niepewnie powieki. Godzina snu. Zawsze lepiej niż nic. Podeszłam do okna, otworzyłam je i wzięłam kociaka do rąk.
-I co, zadowolony jesteś z siebie?-spojrzałam w jego ciemne oczy, westchnęłam cicho.
Na suficie jeszcze chwilę lśniły gwiazdy, wyłączyłam projektor. Noc się skończyłam. Poszłam szykować się na kolejny dzień.
Kociakowi dałam mleka i patrzyłam z uśmiechem jak z apetytem chłeptał je małym języczkiem. Pewnie też nie spał całą noc, biegła gdzieś po tych śmietnikach i teraz był głodny.
Wyglądał tak ślicznie.
Mae
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)

