sobota, 15 grudnia 2012

Gwieździsta bezsenność.

Kolejny dzień. Wróciłam do pustego domu. Ta dwójka kochasiów wyjechała na święta, już teraz. Ciemność była pocieszeniem a cisza stanowiła ukojenie po całym dniu. Rozebrałam się powoli, kątem oka spoglądałam na swoje ledwo dostrzegalne odbicie w lustrze. Nie włączałam światła. Gdy weszłam do pokoju zaświeciły się niebieskie panele, które były zamontowane przy listwach podłogowych. Rzuciłam torbę na fotel, po chwili dołączyłam do niej część ubrań. Potrzebowałam prysznica.
Letnia woda spływała po moich roztarganych włosach, po ramionach, piersiach, udach, aż do samych stóp. Czułam jak schodzi ze mnie napięcie, rozluźniłam mięśnie. Czysty strumień ściągał ze mnie cały brud i trud tego dnia. Kolejnego dnia.
Nie miałam ochoty nic jeść, mój żołądek nie był w stanie przyjąć żadnej strawy. Zaparzyłam sobie rumiankowej herbaty i udałam się z kubkiem do swej groty. Niebieskie światło migotało z dołu, było blade. Widziałam jak blask ślizga się po moich bosych stopach. Czułam wełniane włoski między palcami, to było miłe uczucie.
Rzuciłam się na łóżko, nie miałam na nic sił. Potworne zmęczenie towarzyszyło mi od kilku dni. Nie znosiłam tego całego przedświątecznego szału. Ludzie latali jak głupi w tą i z powrotem, ale tak naprawdę nie zastanawiali się nad istotą tego co robili. Naprawdę to wszystko zamieniło się w jednoznaczną obłudę? Mój szef, całkiem przeciwnie niż ja, uwielbiał ten okres roku. Podobnie jak Wielkanoc czy inne święta tego typu. Ludzie nie mieli czasu, a może ochoty, wypić kawy zrobionej w domu, zjeść wspólnego obiadu w rodzinnym gronie. Byli zbyt zalatani i zaaferowani. Głupcy, ślepo wierzą, że materialne dobroci zaspokoją ich brak emocjonalnej bliskości. Wtedy wszyscy tłumie do nas przychodzili. Tak tłumnie, że musiałam załatwić, aby nikt nie usiadł na miejscu naszego stałego bywalca. Pan Daniel pojawiał się codziennie, na szczęście, nie wiem co bym zrobiła bez jego otuchy. Inni nawet nie zastanawiali się nad tym co zamawiają, kto im to podaje, jak to smakuje... Kretyni... Naprawdę nie znoszę tego okresu, tej przedświątecznej paniki. Nie boję się pracy, ale jaka to przyjemność, gdy nikt nawet nie ma czasu powiedzieć ci, że było smaczne? Nawet już się nie żegnają, tylko wybiegają z lokalu zostawiając świstki na tacy.
Przekręciłam się na bok, by włączyć projektor gwiazd. Lubię go, jest maleńki, ale tworzy cuda. Wróciłam do leżenia na plecach. Czułam się zmęczona, ale ciało było już całkowicie rozluźnione. Poruszałam palcami, skubiąc przy tym delikatnie koc na sofie. Wpatrywałam się w sufit z nadzieją, że zasnę, ale sen nie chciał przyjść. Znów, kolejna bezsenna noc. Jednak uporczywie wbijałam wzrok w sztucznie wytworzone gwiazdy, były piękne. Gdy byłam dzieckiem kochałam na nie patrzeć całymi nocami. Chodziłam do parku, gdzie kładłam się na świeżej trawie i spoglądałam w szerokie niebo. Lampy gasili dość wcześnie, więc jedynym światłem był księżyc i gwiazdy. Migotały lekko, wyglądały przy tym jakby puszczały do mnie oczko. Zastawiałam się kto też w nie patrzy. Czy ktoś leży gdzieś i spogląda w nocne niebo? Szeptałam wiadomości w przestworza, a one mi odpowiadały cichym szelestem liści i traw, gdzieś w głębi parku słychać było strumień. Wtedy zrywałam się na równe nogi i gnałam do domu, jak najprędzej, póki pamiętałam wiadomość. Zawsze z uśmiechem otwierałam szeroko drzwi i wbiegałam do pokoju, porywałam ołówek i zapisywałam wiadomości. Nigdy nie zauważałam ciemności wokół mnie, dopiero po długich chwilach dostrzegałam pustkę i ciszę w domu. Szłam zamknąć drzwi. Kładłam się spać naciągając koc aż za uszy. Zamykałam mocno oczy i przypomniałam sobie blask mrugających gwiazd, to mnie uspokajało i pozwalało zasnąć. Teraz nie działało. Chociaż nie musiałam mocno zamykać oczu ani naciągać koc na głowę, gwizdy nie przynosiły spodziewanego ukojenia. Nie mogę tego zrozumieć, dlaczego widok, który zawsze był dla mnie wybawieniem teraz nie działa? Czemu pomimo całonocnego wpatrywania się w układ różnych konstelacji nie mogę zasnąć? Ktoś mi kiedyś powiedział, że wszechświat da się opisać, nie mogę się z nim zgodzić. On jest tak przestronny jak nasze myśli, nie da się określić początku ani końca. Podobno wewnętrzne dialogi potrafią naprowadzić nas na odpowiedź. Milczałam, nie tylko nic nie mówiła, ale też moje wnętrze milczało. Nie ma mi nic do powiedzenia?



Wybiła trzecia, wciąż nie spałam. Na dworze zaczął padać deszcz. Poczułam mocny ból w klatce piersiowej. Był on jak nagłe wbicie bardzo grubej igły. Nim zdążyłam zareagować zniknął. Nie na długo, zaraz też poczułam rwanie w nodze. Widocznie nic się nie kończy, nie można zapomnieć o tym co się już kiedyś wydarzyło, nie można tego cofnąć. Ból był niemiłosierny, nie miałam sił z nim walczyć. Zacisnęłam ręce, wbijałam paznokcie w wewnętrzną stronę dłoni. Oddychałam ciężko, nie mogłam złapać głębszego wdechu. Czoło pokryło się ciężkim i zimnym potem. W głowie pojawiła się masa nieskładnych obrazów, jaskrawych, ale monotonnych w barwie. W oczach stanęły mi łzy. Nie mogłam wydobyć z siebie żadnego dźwięku. I ciemność... Ból ustąpił, odszedł donikąd tak jak znikąd się pojawił. Było mi zimno, oddech wciąż był ciężki i nierównomierny. Rozluźniłam ręce, otworzyłam oczy, nie byłam pewna co tam ujrzę. Gwiazdy, przesuwały się wolno po suficie, jak gdyby nic się nie stało. Mrugały delikatnie. To mnie trochę uspokoiło. To był drugi raz w tym tygodniu. Nigdy wcześniej mi się to tak często nie zdarzało... Wyszeptała  kilka słów w przestrzeń mojego pokoju, w odpowiedzi gałąź uderzyła w okno. Dwa razy szybko i mocno, raz wolno i znów mocno. Cztery wyrazy. "To nie Twoja...wina".
Piąta. Deszcze powoli ustępował, była pewna, że zaraz zacznie padać śnieg. Gwiazdy wciąż migotały na moim suficie. Obróciłam się na bok i podsunęłam kolana pod brodę, schowałam w nich twarz. Wiatr szumiał spokojniej. Słyszałam przepływającą wodę w grzejniku. Zaraz ludzie zaczną wstawać. A ja wciąż nie spałam.
Dochodziła szósta. Wreszcie spałam.
Siódma, maleńki kot drapał łapkami framugę mojego okna. Podniosłam niepewnie powieki. Godzina snu. Zawsze lepiej niż nic. Podeszłam do okna, otworzyłam je i wzięłam kociaka do rąk.
-I co, zadowolony jesteś z siebie?-spojrzałam w jego ciemne oczy, westchnęłam cicho.
Na suficie jeszcze chwilę lśniły gwiazdy, wyłączyłam projektor. Noc się skończyłam. Poszłam szykować się na kolejny dzień.
Kociakowi dałam mleka i patrzyłam z uśmiechem jak z apetytem chłeptał je małym języczkiem. Pewnie też nie spał całą noc, biegła gdzieś po tych śmietnikach i teraz był głodny.
Wyglądał tak ślicznie.

Mae

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz