poniedziałek, 13 października 2014

Taneczna noc.

Poprzedniego dnia po prostu dotrzymywałam słowa; przecież nie rzucam ich na wiatr. Dziś znalazłyśmy się tutaj razem z powodu mojej zachcianki i ożywionej akceptacji tego pragnienia. Tym razem byłyśmy w moich klimatach. Elektryzujące dźwięki trąbki, kojący saksofon i hipnotyzujący bas. Nie byłyśmy tutaj same. Przyszłyśmy razem z moją ekipą, która również ochoczo znosiła moje pomysły. Każdy był stęskniony za moim egocentryzmem. Między stolikami, na prowizorycznym parkiecie rytmicznie bujali się inni nieznajomi. Iga poddawała się moim krokom bez sprzeciwu. Od razu było widać, że tutaj czuje się mniej pewnie niż wczoraj, wśród tłumu skaczących małpek. Znała tę muzykę, te kroki, przecież nie wybrałabym byle kogo, ale wiedziała, że ja znam je lepiej. Być może oddałabym jej prowadzenie, gdyby tylko zechciała je przejąć, ale nie paliła się do tego, więc wykorzystywałam swoją przewagę w bardzo sugestywny sposób.
Grali smooth jazz, który jest jak delikatne pociągnięcia pędzla na drugiej warstwie obrazu. Jakby ktoś pieścił twoje uda opuszkami palców, bez pośpiechu, z namysłem. Smooth - dla mnie - gra wstępna. Jeszcze bardziej intymnie, jeśli to możliwe, tańczyłam między ludźmi prowadząc moją partnerkę, zagadując ją czymś zupełnie bezsensownym. Tanie w tym wypadku nie miał nic wspólnego z relacją. Śmiałyśmy się co chwilę, aż w końcu utwór się skończył.
- Przerwa ? - zaproponowałam. Nie dlatego, że czułam się zmęczona, lecz pomyślałam o reszcie, która również pragnęła mojej uwagi.
- Chętnie - przytaknęła i ruszyła przodem, rytmicznie stawiając kroki. To w niej lubiłam, wczuwała się w klimat, nawet jeśli byłby jej obcy. Zmusiłam ją do piruetu tuż przed naszymi kanapami i pozwoliłam usiąść.
- Witam państwa ponownie - zaczęłam.- Na pewno nikt z was nie chce się ze mną pobujać?
- Nawet gdyby, to bałbym się, że mnie tam pożresz tą swoją intensywnością - odpowiedział Feliks.
Cała grupa wybuchła śmiechem. Dobrze rozumiałam o co chodzi, ale udałam dotkniętą.
- Tchórze - dodałam tylko, żeby wiedzieli, iż nie podoba mi się ich podejście.
- Mae, przecież prawie nikt z nas nie potrafi tańczyć - odezwał się Rafi - cały czas byś się na nas złościła.
- Wcale... No dobrze, może na ciebie - uśmiechnęłam się na wspomnienie naszego wypadu na bal charytatywnym. Rafi był jak głaz, nie dało się do niego przemówić. Zastanawiałam się jak jego dziewczyna może z nim w ogóle pokazywać się na parkiecie!
- Mniejsza już o nasze tańce, mam Igę - pogłaskałam ją po głowie, na co oczywiście zaprotestowała. - Co dziś proponujecie? Whisky?!
- NIE!!! - odpowiedzieli chórem. - Kobieto, daj nam chociaż czasami wypić coś ludzkiego.
- Pfy, nie rozumiem tego zdania - usiadłam obok Sam, na przeciwko Igi.
- Nigdy nie zrozumiesz - odparł Rafi, człowiek mediator. - Może dacie tym razem zadecydować mi?
- Wykluczone - odezwała się jego dziewczyna.
- A to czemu? - spojrzał na nią czule. Odwróciłam wzrok, przechodziły mnie od tego ciarki.
- Cicho, ja wybieram - zadecydował Feliks.
- Haha, no jestem bardzo ciekawa co tym razem nam zaproponujesz.
- Dla mężczyzn Rocket Fuel, dla pań Long Island Ice, a dla ciebie B- 52 - zaśmiał się patrząc wyzywająco.
- O nie nie, przecież to nie sprawiedliwe, będę musiałą tego wypić dwadzieścia razy więcej niż wy drinki! - zaprotestowałam. W B-52 było spektakularnego tylko to, że trzeba go wypić nim zgaśnie.
- W takim razie, co powiedzie na Kolorowe wściekłe psy?
- I to rozumiem! - aż wstałam, żeby pobiec zamówić.
- Mae, czekaj! My zostaniemy przy drinkach - powiedziała dziewczyna Rafi. Popatrzyłam na niego by się upewnić, czy mam słuchać tej kobiety. Kiwnął mi głową.
- Cieniasy - prychnęłam.
- W sumie, to ja też zostanę przy drinku - dodała Sam.
- Ty też?! Co się z wami stało przez te dwa miesiące?! - potrząsnęłam moją przyjaciółką, nie mogłam uwierzyć, że i ona postawiła na sączenie.
- Nie martw się, ja z tobą wypiję Wściekłe psy - powiedziała Iga.
- To tak jakbym rozpijała małoletnich - westchnęłam i usiadłam z powrotem.
- Przypominam ci, że mam dwadzieścia lat - uśmiechnęła się Iga i pociągnęła mnie za rękę.
- Dobra, dobra, nie chwal się tak tym na prawo i lewo - ruszyłam za nią.- Feliks, ty też pijesz Wściekłe psy, prawda? - wyszczerzyłam się do niego i nie czekałam na odpowiedź.
Szłam skocznym krokiem za Igą nie oglądając się za bardzo dookoła. Nie interesowały mnie dziś obserwacje, chciałam się po prostu dobrze bawić ze znajomymi.
- Pięć kolejek "Kolorowych Psów" - tu pokazałam mu, które sześć smaków wybieramy - dwa LIIS i RF - krzyknęłam do młodego barmana, który spojrzał na naszą dwójkę nieco zaskoczony. - Jakbyś mógł przynieść to tam- wskazałam na nasze kanapy, które mieściły się w równej odległości od sceny, co baru. Kiwnął głową.
- Jakiś nowy - stwierdziła Iga.
- Chyba tak. Tyle się tutaj zmienia.
- Ty się nie zmieniasz - zaśmiała się i okręciła się wokół mnie.
- Masz ochotę jeszcze zatańczyć?
- Za chwilę, posiedźmy z resztą. W końcu przyszli tutaj dla ciebie - miała rację.
Znów przeciskałyśmy się między ludźmi, którzy nie wiedzieli co ze sobą począć. Odwróciłam się przez ramię, bo miałam wrażenie, że ktoś woła moje imię, ale musiało mi się wydawać, bo nie dojrzałam nikogo znajomego.

- Naprawdę zamierzacie to wypić tylko w trójkę? - spytała dziewczyna Rafi, kiedy kelner przyniósł nam moje zamówienie.
- Skądże! Machnęłam ręką. Pomożecie nam - uśmiechnęłam się do niej najmilej jak mogłam. Popatrzyła na mnie jak na szaleńca i szepnęła coś do swojego partnera. Nie przepadała za mną, a może inaczej, obawiała się mnie. Była zazdrosna o Rafi i uporczywie starała się trzymać go jak najdalej ode mnie. Co oczywiście było niemożliwe!
- Mae - szturchnęła mnie Sam. - Powinnaś uważać. Popatrzyłam na nią, nie do końca rozumiejąc o co chodzi. Spostrzegła to w moich oczach, a ja dostrzegłam co innego w jej. Nagle zmieniła zdanie. Ostatecznie powiedziała mi co innego, niż zamierzała. - Po prostu pamiętaj, że musisz odprowadzić mnie i Igę do domu - uśmiechnęła się i wzięła rurkę między wargi. Udałam, że wierzę.
- Oczywiście, spokojna głowa - również się uśmiechnęłam, biorąc do ręki kieliszek na którego dnie była czarna porzeczka. - To smacznego - przechyliłam szkło i wypiłam całość. Moi towarzysze zrobili to samo, prawie, bo dokładnie to samo zrobiła tylko Iga i Feliks.
- Nie najgorsze - zauważył i sięgnął po następne.
- Zawody? - popatrzyliśmy sobie w oczy.
- Kto pierwszy wypije ten wygrywa. Przegrany stawia kolejną kolejkę plus musi zaprosić jakąś dziewczynę do tańca - zarządził.
- Sam, mówisz start.
- Iga, ty się chyba w to nie bawisz? - Rafi spojrzał na nią zatroskany.
Dziewczyna przez chwilę patrzyła na kolorowe kieliszki, widocznie zastanawiała się, na ile ma szanse.
- Dobra, też gram.
Ucieszyliśmy się z Feliksem jak dzieci i chwyciliśmy pierwszy kieliszek w dłoń.
- Gotowi? Start - Sam machnęła ręką na znak, że możemy zaczynać.
Chwytaliśmy kolejne szkła, odstawiając poprzednie z głośnym stuknięciem. Pięć kieliszków, pięć kolorów i szczypanie w gardle.
- Ha, wygrałam! - krzyknęłam, ułamek sekundy przed Feliksem, który zrobił to tuż po mnie. Spojrzeliśmy triumfalnie na Igę, która miała załzawione oczy. Nie ze szczęścia czy smutku bynajmniej.
- Hej, hej, wszystko w porządku?- spytałam przesiadając się, by być tuż obok niej.
- Jasne, po prostu przeceniłam swoje możliwości - chrząknęła.
- Haha, nie martw się, Feliks na początku też tak miał.
- Co? Ja? - kopnęłam go w kostkę pod stołem. - A tak, tak, początki są trudne - popatrzył na mnie wilkiem. Jakże to do niego pasowało!
- Dobra, przestańcie mi mamusiować - oburzyła się nasza najmłodsza członkini. - Przegrałam i przyznaję się do porażki. Idę kupić kolejną kolejkę.
- Nie daj spokój - zatrzymałam ją na kanapie. - Mamy jeszcze dwie. Przecież te cioty tego nie wypiją - wskazałam na resztę mojej ekipy.
- W takim razie zostało mi zaprosić jakąś dziewczynę do tańca.
- W twoim przypadku może być chłopak - Feliks puścił jej oczko.
- Nie, nie, miała być dziewczyna - no i nasz "chłopak" przegrał swoje zaloty. - Mae? Mogę prosić?
- Haaa, oczywiście, że możesz!
- To nie sprawiedliwe - krzyknął Feliks.
- Też mogłeś mnie zaprosić do tańca - pocieszyłam go.
- Kiedy ja chciałem z Igą - poskarżył się.
- Iguś, odstąpię temu smutnemu szczeniaczkowi taniec, co ty na to.
- Niech będzie - zgodziła się bez wahania.
Feliks radośnie przeskoczył przez stół, wyciągnął do niej dłoń i porwał ją na parkiet.
- Chyba nie zamierzacie dokupować kolejki?
- Sam, przecież mnie znasz! Gdybym piła z tobą, to kupiłabym jeszcze pięć, ale z tą dwójką? - wskazałam na tańczącą parkę. - Nie chcę by temu maleństwu coś się stało, a Feliks sobie poradzi, ale lepiej, żeby nie psuł nam reputacji tutaj, lubię ten lokal.
Sam uśmiechnęła się i wtuliła w moje ramię.
- Bez ciebie już nie jest tak zabawnie w tych "tutaj", wiesz?
- Wiem, wiem - pogłaskałam ją po ramieniu. Ostatnio miała ciężki czas, więc mogła być nostalgiczna, pozwalałam jej na tę chwilę zadumy.
- Rafi, kiedy robimy jakiś wypad?
- Nie wiem, ostatnio mam całkiem sporo na głowie - zaczął wiercić się w miejscu. To był nasz sygnał.
- Jaki wypad? - zaciekawiła się jego dziewczyna?
- Żaden, jak zwykle głupoty plotę - zbyłam ją machnięciem dłoni, co jej się nie spodobało, ale przynajmniej nie dopytywała dalej.
Zaczęłam rozmawiać z Sam a w tym czasie nasza dwójka się wytańczyła i wróciła do tańca.
- I jak się czujemy po tańcu?
- Wyśmienicie - odparli równocześnie i zaczęli się śmiać. Faktycznie musieli się dobrze bawić, cieszyło mnie to.
- To ekstra. Iguś musisz dokończyć swoją kolejkę a my z Feliksem wypijemy te dwie, których nikt nie chce - podsunęłam mu sześć kolorowych kieliszków.
- Tym razem się nie ścigam - powiedział poważnie.
- Dobrze, dobrze, nie musisz.
I znów zaczęliśmy rozmawiać całą szóstką. Śmialiśmy się i wygłupialiśmy. Ludzie tylko czasami patrzyli w naszą stronę. Tubylcy szybko nas rozpoznali, zaś reszta była zbyt otępiała by jakkolwiek na nas zareagować.

Ostatni taniec był nasz - mój i Igi. W końcu zdecydowała się prowadzić. Może nie ona, co alkohol zdecydował za nią, ale w tamtym momencie nie miało to większego znaczenia. Liczy się tylko rytm, któremu podporządkowywały się nasze kroki, nasze biodra.
Znów wydawało mi się, że ktoś mnie woła. Poczułam mocną, znajomą mi woń, ale nie byłam w stanie na tyle skupić na tym uwagi, żeby zlokalizować posiadacza tej woni.
Iga zgrabnie przechodziła z jednej figury w drugą, prowadząc mnie za sobą. Idealnie wpasowywała się w momenty, by móc znaleźć się jak najbliżej mojego ciała. Korzystałyśmy obie. Przyciągnęłam ją do siebie, lekko, z wyczuwalną troską. Widziałam, że jej oczy skupiają się na czymś, czego nie było w tym pomieszczeniu. Zastanawiałam się, jak to możliwe, że tak doskonale radzi sobie teraz w tańcu, skoro prawdopodobnie już nie wie, gdzie się w ogóle znajduje. Nie szkodzi - stwierdziłam pogodnie, obracając ją do siebie tyłem i obejmując ramionami.
 Szepnęłam jej coś na ucho, ale nie odpowiedziała. Nie mówiła nic już od dłuższego czasu. Prócz tego momentu, kiedy zażądała, że mam iść z nią tańczyć.
- Iguś? - szepnęłam znów.
Niewielu już miało siłę tańczyć. Ludzie powoli się rozchodzili. Wychodzili, jeden po drugim. Muzyków zastąpiono głośnikami, z których snuł się w miarę czysty dźwięk. Co jakiś czas ktoś szurał krzesłem lub gubił pieniądze. Moja ekipa zaczęła machać na mnie ręką na znak, że czas i na nas.
- Musimy iść - powiedziałam do mojej partnerki, ale nie zareagowała. Wtedy spostrzegłam się, że zwyczajnie przysnęła, opierając plecy o mnie. Machnęłam ręką do Rafiego - wskazując na Igę. Rozumiał od razu. Był z nas największy i najsilniejszy.
Wziął ją na ręce.

Noc była już późna. Chłód pełzał po ulicach, uciekając od rzeki w stronę trochę cieplejszego zabudowania kamienicy. Wokół panowała cisza, tylko co jakiś czas dało się słyszeć jak jakiś kot wyskakuje z kontenerów na śmieci. Księżyc rzucał żółtawą poświatę, która podsycała słaby blask lamp. Echo odbijało po tysiąckroć nasze kroki, które były jedyne w tej okolicy.
- Niesamowite - stwierdziłam.
- Co takiego? - spytała Sam, będąc widocznie zmęczona.
- Iga, zasnęła, a mimo to nadal bujała się w takt.
- Prawdopodobnie to ty nią bujałaś...
- Oj, daj się chociaż chwilę pozachwycać.
- Dobrze, że niedaleko mieszka - rzucił Rafi.
- Wziąć ją od ciebie?
- Po co, żeby za chwilę mi ją oddać.
- Dzięki, mam trochę więcej siły wiesz!
- Nie krzycz, wiem, i wiem też, że obecnie alkohol troszeczkę zaburza ci ocenę twoich umiejętności.
- Nie jestem pijana, jeśli to sugerujesz.
- Nie sugeruję. Mówię tylko, że mimo wszystko nawet twój organizm nie wypłukuje alkoholu w kilka sekund.
Obruszyłam się, jak mógł mówić, że jestem słaba?! No jak?! Mimo wszystko wiedziałam, że ma rację. Dwie kolejki Kolorowych psów, z czego jedna prawie na raz, to jednak musiało mieć wpływ. Wiedziałam, że świat ma trochę inną konstrukcję niż mi się w tamtej chwili wydawało, ale nigdy nie lubiłam przyznawać się do tego, że jestem upita. Chociaż nawet wtedy nie byłam tak klasycznie pijana. Wiedziałam gdzie się znajduję, kim jestem, dokąd zmierzam. Jak zawsze. Tylko miałam jeszcze więcej powodów do szczęścia i możliwości podjęcia nie do końca rozsądnych decyzji.
Otworzyliśmy drzwi kluczem, który wyciągnęliśmy z kieszeni jej kurtki. Dobrze, że wszyscy wiedzieliśmy gdzie Iga ma pokój. Przeszliśmy tam najciszej jak się dało, położyliśmy ją na łóżku.
- Myślisz, że powinnam ją przebrać?
- Niee, za niedługo się obudzi to sama zdecyduje. Ludzie nie lubią budzić się w innych ubraniach niż zasnęli. Pewnie i tak będzie zachodzić w głowę jak dostała się do domu - jak zwykle pełen wywód ze strony Sam.
- OK - podeszłam do Igi, ściągnęłam jej buty i kurtkę. Przekręciła się na drugi bok, ale nadal spała. Przykryłam ją kocem, który leżał złożony w nogach łóżka. - Myślę, że przydałoby się przynieść tutaj jakąś wodę i miskę.
- Racja, zaraz przyniosę miskę - Rafi doskonale wiedział co gdzie jest. - Ty idź po wodę.
Przeszłam przez przedpokój i weszłam do kuchni, zapaliłam światło nad kuchenką. Stały na niej brudne garnki z jakimiś resztkami nie najświeższego jedzenia. Po podłodze walały się szczątki jakiejś szklanej butelki. Biedne maleństwo - pomyślałam. Otworzyłam kilka szafek po kolei. W końcu znalazłam szklankę i tabletki. Przez chwilę szukałam jeszcze butelki z wodą, ale nigdzie takiej nie dostrzegłam. Nalałam wody z kranu do kubka i poszłam z powrotem do pokoju. Postawiłam kubek i tabletki na prowizorycznym stoliku. Rafi już przyniósł miskę i ręcznik.
- Tutaj się chyba nasza rola kończy - rzekł cicho wycofując się w stronę drzwi.
Nachyliłam się jeszcze raz nad Igą i ucałowałam ją w czoło.
- Trzymaj się mądralo - szepnęłam.
Nagle usłyszeliśmy jak w drzwiach przesuwa się klucz.
- Cholera - rzekliśmy wszyscy razem. Gdyby ktokolwiek z jej rodziny zobaczył nas tutaj o tej porze wszczęłaby się niezła awantura. Szanse na pokoje wyjaśnienia były raczej małe, więc całą trójką rzuciliśmy się w stronę okna. Rafi skoczył pierwszy, żeby złapać Sam, która jak zwykle lekko panikowała, chociaż w młodości robiła bardziej szalone i akrobatyczne rzeczy. Stojąc na parapecie domknęłam okno najbardziej jak się dało i również skoczyłam na dół.
- Dobrze, że mieszka nisko - zaśmiałam się. Przebiegliśmy przez podwórze udając się w stronę domu Sam.
Mój był najdalej, więc mogłam odprowadzić wszystkich.

Przed drzwiami czekał na mnie Kot Niezdara. Machał ogonem w prawo i w lewo, nie zamierzając do mnie podejść. Zdziwiłam się, że widzę go tutaj o tej porze. I może, gdyby nie resztki oparów alkoholowych w moim umyśle, to jego obecność wzbudziła by moją czujność. Tym razem jednak pozostałam przy samym zdziwieniu.
Otworzyłam drzwi i po wejściu do domu powiesiłam płaszcz na haczyku. Przejrzałam się w lustrze, wyglądałam dobrze jak na tak późną porę i takie przygody po drodze. Uśmiechnęłam się do siebie i poszłam do kuchni. Nastawiłam czajnik, postanowiłam jeszcze napić się czegoś ciepłego. Zastanawiałam się, czy opłaca mi się jeszcze kłaść. Była już taka pora, że za niedługo i tak pewnie bym wstała. Z takimi rozmyślaniami ruszyłam w stronę ganku, na którym miałam zapas wody i wyjście na ogród. Świat o takiej porze zawsze wyglądał dobrze, choć prawie nie było go widać.
Zatrzymałam się w półkroku dostrzegając szkarłatne plamki na podłodze. Krew? - schyliłam się. To faktycznie była krew. Czyżby Kot Niezdara znów bawił się myszą? - podniosłam wzrok na drzwi, które już były prawie przede mną. Były uchylone. Zawsze je zamykam, ale możliwe, że Kochasie zapomnieli zamknąć. Zapaliłam światło. Na podłodze leżało szkło z rozbitej szybki. Zawróciłam i ruszyłam śladami plamek, które prowadziły...do mojego pokoju! Otworzyłam drzwi i nie mogłam uwierzyć własnym oczom.
- C..co ty tutaj robisz? - zdołałam z siebie wykrztusić.
- Widziałam cię z tą małolatą - odpowiedziała mi zaryczanym głosem. Stałam tak chwilę nie wiedząc o co chodzi, co się dzieje. Miałam wrażenie, że to po prostu jakiś niedorzeczny wytwór mojego zmęczonego umysłu. Może to sen? - spojrzałam na zegarek - czas się zgadzał.
- Gdzie?
- W tym jazzowym klubie.
- Śledzisz mnie?
- Nie, byłam tam... Po prostu cię widziałam! Wołałam cię, ale nie reagowałaś - zatem nie wydawało mi się, naprawdę wtedy słyszałam swoje imię. - Jak możesz, z takim dzieciakiem? - pociągnęła nosem. Wyglądała okropnie. Najgorzy obraz jaki mogła mi zaprezentować. Nawet jej nie słuchałam. Mój wzrok skupił się na potarganych włosach, na opuchniętych oczach, na...
- O Buddo! To ty rozbiłaś szybkę! Co ci odbiło? - pociągnęłam ją na przedramię. Jej piękna dłoń była cała poharatana, krew zakrzepła w miejscach przecięć.
- Chciałam sprawdzić...
- Lepiej nic nie mów... Chodź.
Ciągnęłam ją za sobą, czułam jak ledwo stawia kroki. Jeszcze nigdy nie widziałam jej w takim stanie. Nigdy nie pokazała mi się ze swojej całkowicie bezbronnej, słabej i otępiałej strony. Nie podejrzewałam, że jest do czegoś takiego zdolna. Śmierdziała alkoholem i dymem. Musiała nieźle wypić, z kimkolwiek tam sobie była.
Kazałam jej usiąść na brzegu wanny i nie ruszać się póki nie wrócę. Cały czas coś kwiliła, ale ja w głowie miałam tylko ten nędzny obraz.
Wróciłam tak szybko jak się dało, z całym zestawem sprzętu, żeby jak najszybciej (chociaż i tak późno ) opatrzyć jej dłoń.
- Maeś... - zawyła.
- Cicho - nakazałam.
- Przepraszam.
Wyciągnęłam resztki szła z rany, dobrze, że szybka nie rozprysnęła się na miliony drzazg, tylko zwyczajnie pękła. Wyglądało na to, że dłoń została pocięta nie przy samym rozbijaniu (może roztrzaskała mi okno kamieniem?), a dopiero przy próbie otworzenia drzwi od wewnątrz.
- Maeś.
- Co jest?
- Spójrz na mnie!
Zrobiłam to.
- Zadowolona? - odwróciłam momentalnie wzrok, nie mogłam spoglądać w te zapuchnięte oczy. Ile czasu siedziała tutaj płacząc i nie zwracając uwagi na swoją rękę?
- Nie, patrz na mnie.
- Nie mogę.
- Dlaczego..?
- Wyglądasz okropnie...
Wstałam, nie mogłam znieść takiego stanu. Kim jest ta kobieta, która siedzi przede mną? - zapytałam w myślach. Podniosłam ją i wepchnęłam do kabiny prysznicowej. Włączyłam strumień delikatnie letniej wody. Miałam nadzieję, że to trochę przywróci ją do normalności.
- Nie zostawiaj mnie tu - nawet nie zaprotestowała, że właśnie zmoczyłam jej ubrania. Nic!
Ściągnęłam sukienkę i położyłam ją na półce. Wyciągnęłam ręce w stronę Konstancji.
Zdejmowałam jej kolejne części garderoby, a ona poddawała się temu jak pięciolatek. Podnosiła ręce, odchylała głowę, unosiła nogi. Nie do zniesienia, ale lepiej niż chwilę temu. Jej czarne włosy, teraz mokre spadały kaskadami na ramiona, zasłaniały twarz i piersi. Stałam w drzwiach kabiny, włączając cieplejszą temperaturę wody. Stałam i patrzyłam na to piękne ciało, opierając się, żeby do nie pochłonąć. W końcu Konstancja odgarnęła kosmyk włosy z twarzy i spojrzała na mnie. Wciąż miała zapuchnięte oczy.
- Dotknij mnie - szepnęła. Miała tak słaby głos, że nie wiedziałam czy to prośba, czy żądanie. - Maeś, proszę - ujęła moją dłoń i położyła ją sobie na biodrze. - Proszę, zrób to - przysunęła się bliżej.
Chciałabym zwalić wszystko na alkohol w umyśle lub krwi. Chciałabym móc powiedzieć, że to zwyczajne otępienie spowodowane dzisiejszą nocą.
Opierałam się tylko przez chwilę. Weszłam do środka.
- Pokaż mi - rozkazałam. - Pokaż, gdzie pozwoliłaś się jej dotykać.
- Nie chcę...
Odgarnęłam jej włosy na prawą stronę i dotknęłam okolicy tuż za uchem.
- Tutaj? - spytałam.
Nie odpowiedziała.
- Tutaj? - moje place powędrowały na mięsiste usta.
Nadal brak odpowiedzi.
- Tu - sunęłam palcami dalej w okolice karku, obojczyków, łopatek, łokcia, jędrnych piersi, sterczących sutków. - Co kazałaś jej robić? - chwyciłam je mocno. Przygryzła wargę, ale nadal się nie odezwała. Przeniosłam dłonie niżej, na żebra, kolejno wbijając paznokcie w każde z nich. Miednice, piękne wgłębienie między biodrami i początkiem ud.
- Tutaj też prawda? - przejechałam paznokciami po wewnętrznej stronie jej ud. Nie siliłam się na delikatność. Chciałam, żeby mi powiedziała.
- Maeś...
- Nie powtarzaj w kółko mojego imienia, przestań prosić, bo nie wiem już kim jesteś. Chcę, żebyś mi pokazała, gdzie ta... gdzie ona cię dotykała, gdzie dotykała, gdzie lizała? Muszę znać najmniejsze miejsce, by móc pozbyć się jej śladu.
Wpatrywała się we mnie, chyba sprawdzając czy naprawdę mówię poważnie. Wiedziałam, że mam przewagę, nie tylko dlatego, że była bardziej trzeźwa.
- Pokażę ci - zdecydowała w końcu. - Wyjdźmy stąd.
Otworzyłam kabinę i okryłam jej nagie ciało ręcznikiem.
- Ja to zrobię - powiedziałam, gdy chciała go zabrać z moich rąk.
Tym razem byłam nieco delikatniejsza. Wycierałam jej ciało najdokładniej jak to możliwe. Jakby w moim umyśle siedziało przekonanie, że właśnie w ten sposób zetrę wspomnienie o tamtej osobie, że uda mi się jej egzystencję wytrzeć wraz z wodą. Każda część ciała, dokładnie wysuszona. Najdelikatniej obeszłam się ze zranioną dłonią przy okazji dokańczając zabiegi, które były jej potrzebne. Nasmarowana i owinięta w bandaż wyglądała przygnębiająco. Miałam ochotę się o nią zatroszczyć. Co w sumie robiłam, ale to pragnienie było o wiele głębsze.
Wzięłam ze sobą krem migdałowy i szczotkę. Poszłyśmy to mojego pokoju, niebieskie panele podświetliły się, rzucając poświatę na nagie ciało Konstancji. Teraz zdawała się być niesamowicie ezoteryczna.Z niebieskawą skórą, czarnymi włosami aż do pośladków.
Odwróciła się w moją stronę.
- Pokaż - zażądałam siadając na podłodze przed nią. Nie wstydziła się nagości, może wstydziła się tego co miała za chwilę zrobić.
- Daj mi swoją dłoń.
- Nie.
- Mogę pokazać na tobie?
- Nie.
Jeszcze przez chwilę się wahała, aż w końcu zaczęła wodzić zdrową dłonią po swoim ciele, mówiąc gdzie była całowana, gdzie gryziona, gdzie raniona, gdzie zwyczajnie dotykana. Wyznaczała mapę cudzego dotyku. Nie mogłam na to patrzeć, nie mogłam tego słuchać, ale musiałam. Jeśli miała być dla nas kolejna szansa.
Zapamiętałam dokładnie każde miejsce, w takiej kolejności w jakiej mi to pokazała.
- Podejdź.
Zbliżyła się do mnie.
Położyłam dłoń na jej łydce i przesunęłam nią w górę. Dotykałam najznakomitszego miejsca na jej ciele, miejsca, którym tamta prawie w ogóle się nie interesowała. Zapewne tylko przez przypadek zahaczyła o nie w drodze do "celu". Brzydziłam się tamtą kobietą, brzydziłam się myślą, że jej palce były wewnątrz Konstancji.
Moje dłonie obejmowały jej udo. Ucałowałam to miękkie miejsce, by po chwili powoli się z nie wgryźć. Bez pośpiechu, coraz mocniej. Konstancja jak zwykle grała twardą. Odchyliłam się i przejechałam palcami to tym ugryzieniu. Byłam zadowolona ze swojego działa.
- To miejsce należy tylko do mnie.
- Ymm.
- Boli? - nacisnęłam na nie palcami.
- N..nie - skłamała.
- Na pewno? - nacisnęłam mocniej.
- Yyy.
- Mnie też bolało.
Wstałam i stanęłam tuż przed nią.
- Teraz ty pokaż - nadal szeptała. Jakby bała się, że ktoś ją usłyszy. Teraz!
- Co mam ci pokazać?
- Gdzie cię dotykała ta małolata.
- Jaka małolata.
- Nie udaje, nie wiem o kim mówisz.
- O tej dziewczynie, z którą dzisiaj tak namiętnie tańczyłaś w Jazzie.
- Iga?
- Jeśli tak ma na imię.
Wskazałam na policzek.
- Dlaczego mnie zwodzisz?
- Nie zwodzę cię. Tylko tutaj mnie pocałowała, dwa razy. A taniec sama widziałaś.
- I nic was więcej nie łączy?
- Nic. To podopieczna Rafiego.
Konstancja stała chwilę osłupiała. Zdała sobie sprawę, że wygłupiła się bez powodu. Nie wiedziałam czy już myśli trzeźwo, ale było to bez znaczenia. Zrozumiała swoją pomyłkę.
- A Beatrice?
Pokręciła głową.
- Już ci to tłumaczyłam...
Konstancja przywarła do mnie całym ciałem, poczułam jej piersi na swoich. Jej nogę między swoimi. Rękę na karku. I usta ma wargach. Chyba jeszcze nigdy nie czułam tyle ulgi w pocałunku. Tak, byłam pewna, że Konstancji ulżyło, jakby znalazła coś, czego od dawna szukała. Oddałam pocałunek pchając ja na tapczan.

piątek, 26 września 2014

Z pozoru piękny dzień.

Piękny dzień - pomyślałam wystukując rytm w 3/4 o blat stołu. Za oknem padał deszcz, ale wbrew pozorom przyjemna pogoda panowała na zewnątrz. Pomyślałam, że to piękny dzień, bo za niedługo miał przyjść Pan Daniel. Taką miałam nadzieję, że nie zmienił swoich zwyczajów. Jakże okropnie by było dowiedzieć się, że porzucił swój stary zwyczaj zaglądania tutaj, siadania w swoim ulubionym miejscu! Komu ja wtedy podawałabym kawę, z kim ucinałabym sobie krótkie pogawędki o życiu i ludziach?
Obracałam swoją nową zabawką, przyglądając się nowym twarzom. Nie było mnie niecałe dwa miesiące, a tylu ludzi dołączyło do grona gości. Właściwie codziennie pojawiał się ktoś "nieznajomy"; zastanawiałam się na ile zostaną. Najczęściej byli to jednorazowi goście. Tymi przejmowałam się mniej.
Przetarłam ladę ścierką. Już piąty raz w ciągu tych dziesięciu minut, podczas których w pomieszczeniu nic się nie zmieniło. Niektórzy siedzieli wciśnięci w sofy, rozmawiali przyciszonymi głosami, inni mieli całkowicie otwartą postawę, śmiali się i wymachiwali rękami. Każdy wyglądał na zadowolonego z obecnej sytuacji. Również nie zwracali uwagi na deszcz za oknem. Nie była to ulewa, zwyczajna mżawka. Jesień się zbliża.
Drzwi się otworzyły i w progu zjawił się wyczekiwany przeze mnie gość. Jakże cudownie było zobaczyć go po tak długiej przerwie. Rozejrzał się powoli, jakby czegoś szukał. Kiwnęłam do niego głową i uśmiechnęłam się.
- To co zawsze? - upewniłam się i już zaczęłam przygotowywać ulubioną kawę Pana Daniela.
Pan Daniel zajął swoje ulubione miejsce, które o tej porze zawsze było puste. Stali bywalcy wiedzieli, że tylko on może tam siedzieć w tych godzinach. Gdy przychodził ktoś nowy, podchodziłam i grzecznie prosiłam, by zmienił miejsce.
W naszej kawiarni można dostać naprawdę różnorodną kawę. W większości jest ona przygotowywana przez ludzi do tego wyznaczonych, ale dla Pana Daniela kawę przyrządzam sama, osobiście. Mielę ziarna kawy, ponieważ wszystko musi być świeże i jak najlepszej jakości. Nastawiam kawiarkę, aby zaparzyć napar. Proszę kogoś aby ubił mi trochę śmietany, sama w tym czasie ubijam chłodne mleko z cukrem i czekoladą. Wkładam blender do miseczki i pilnuję by masa była gładka, bez najmniejszych skaz. Przekładam ją do filiżanki i zalewam gorącym naparem kawowym. Całość dekoruję ubitą śmietaną, delikatnie sypię jeszcze czekoladę na wierzch, ponieważ Pan Daniel kocha ten afrodyzjak. Filiżankę wraz z łyżeczką kładę na czarny spodek. Na drugi talerz nakładam szarlotkę, jeszcze ciepłą, bo niedawno wyciągnięta z pieca. Biorę obydwa talerze i udaję się w stronę stołu Pana Daniela. Kładę przed nim zamówienie i dosiadam się naprzeciwko. 
- Więc wróciła moja podróżniczka? - zaczął wesoło. Ten człowiek jest niesamowity, zawsze napawa mnie energią do pracy. - Opowiadaj, co tym razem odkryłaś? - upija łyk kawy i przymyka oczy. Otwiera i zamyka usta, jakby bał się, że jakaś kropla spłynie mu po brodzie albo zostanie na wargach.
Zaczynam snuć swoją opowieść. Nie waham dzielić się z nim swoimi przeżyciami i obawami. On słucha mnie spokojnie, czasami rzucając jakiś zabawny komentarz. W między czasie zjada swoje ciasto. Widzę, że mu smakuje. 
Ożywiam się coraz bardziej, gestykuluję dłońmi, jak to mam w zwyczaju, gdy za bardzo wczuję się we własną opowieść. Cieszę się tą możliwością, bo Pan Daniel wie o czym mówię. Sam w młodości zdobył wiele szczytów, więc wie, jak to wygląda. I jest bardzo doświadczony życiowo, więc może mi poradzić w sprawach, o których ja nie mam najmniejszego pojęcia. Kładzie dłoń na mojej ręce i uśmiecha się do mnie pokrzepiająco. Kręcę głową, nie potrzebuję pokrzepienia. Czuję się fantastycznie, odrobinę jestem pogubiona w tej codzienności, ale mile wspominam każdy dzień spędzony między skałami. Nawet opuszczenie po raz kolejny Maleństwa nie jest już dla mnie takie trudne, choć chciałabym zostać z nimi na dłużej. Nie, jestem wesołą osobą, która ma wiele od życia. Mówię mu o tym, chociaż oboje to wiemy. 
- A chcesz usłyszeć o tym co się działo, gdy cie tutaj nie było? - pyta w końcu, widać, że garnie się do tego, by teraz zabrać głos. I muszę przyznać, że z wielką ochotą słucham jego głosu. Pan Daniel ma niesamowicie ciekawą intonację, od razu wiadomo gdzie stawia się akcenty w słowach. 
- Oczywiście, że chcę. Panie Danielu, tyle czasu mnie tutaj nie było! - ucieszyłam się, że mi o wszystkim opowie.
I opowiada. O nowych ludziach, którzy zadomowili się w naszej kawiarni. O pracowniku, który okazał się gapą i wszyscy wypominali mu wypadek z filiżanką i ciastkami. O moich znajomych, których tak dawno nie widziałam. Dosłownie o wszystkim. Siedzieliśmy tak prawie dwie godziny, tylko od czasu do czasu opuszczałam go, by obsłużyć kogoś nowego. Na szczęście dziś nie było za dużo ludzi.
Byłam w wyśmienitym nastroju, gdy Pan Daniel opuszczał progi kawiarni. Sprzątnęłam jego talerze, umyłam stół. Z radością spoglądałam na zegarem. Została niecała godzina do zamknięcia. Miałam w planie po drodze do domu wstąpić do Sam, umówić się na jakieś pogaduchy lub zebrać ekipę na jakąś małą zabawę. Wizja wieczoru rysowała się przede mną bardzo wyraźnie. Wiedziałam co zrobię i jak. Czułam przeogromną ochotę usiąść w swoim fotelu i opisać swoją przygodę w Szkockich górach. Zaczęłabym pisać, poczekałabym, aż moja nowa znajoma wróci z wydarzenia, które miało miejsce w jej mieście. Zastanawiałam się, czy dobrze bawi się na pokazach i czy faktycznie wróci na tyle wcześnie, byśmy jeszcze wymieniły kilka zdań.

kawa po wiedeńsku


Rozmyślając nad tą nową relacją i jej możliwościami przetrwania nie zauważyłam, gdy weszła znajoma mi kobieta. Prawdopodobnie nie zwróciłabym na nią uwagi zajęta własnymi myślami, gdyby nie stanęła przy ladzie, tuż przede mną. Uniosłam wzrok, ale to nie ja wyglądałam na zaskoczoną. Właściwie, nie byłam zdumiona. Wiedziałam, że prędzej czy później znów tutaj przyjdzie. Nie mogłam tylko określić czy się cieszę, czy nie. Minęło sporo czasu, odkąd łączyło nas coś gorącego i ponętnego. Przez ostatni czas byłam po prostu zabawką, kimś, kto z łatwością usuwał cały jej stres. I teraz znów stała przede mną, zdziwiona tym, że widzi mnie w moim miejscu pracy.
- Co podać? - zapytałam otrząsając się ze swoich myśli. W miarę możliwości chciałam zostać profesjonalna. Nie wszyscy muszą o wszystkim wiedzieć.
Popatrzyła na mnie jakbym była głupia. To prawda, wiedziałam co zazwyczaj pija, ale przecież to mogło się zmienić. Wolałam zapytać.
- Espresso Corretto - usiadła przy stoliku po prawej stronie. Podałam kartkę z zamówieniem młodszemu koledze, który od razu zabrał się do pracy. Co i rusz spoglądał na naszą klientkę, lecz ona nie zwracała na niego uwagi. Jakżeby mogła? Taka wyniosła, zainteresować się takim młokosem? Zerkałam na nią co jakąś chwilę, za to przez cały czas czułam jej wzrok na sobie.
Chłopak podał mi małą filiżankę wzięłam ją i poszłam w stronę stolika.
- Mam nadzieję, że będzie smakować - postawiłam kawę przed nią. - W czymś jeszcze mogę służyć? - dodałam po chwili.
- Poczekam na ciebie aż skończysz - odparła. - Znajdziesz dla mnie chwilę, prawda?
- Oczywiście.
Przez resztę czasu nie zwracałam na nią uwagi, zajęta czynnościami porządkowymi. Wszystko należało odstawić na swoje miejsce, umyć i przygotować na następny dzień.
- Krystek, pozamykasz wszystko? - spytałam chłopaczka. Ten przytaknął i złapał klucze, które rzuciłam w jego stronę. - To do zobaczenia po weekendzie - założyłam swoje pomarańczowe palto i wyszłam.
Konstancja stała oparta o poręcz. Faktycznie czekała, przez cały ten czas.
- Odprowadzę cię do domu - rzuciłam przechodząc obok niej.
Ruszyłyśmy przed siebie. Deszcz nadal kropił, dookoła było już ciemno. Szłyśmy w ciszy, co chwilę mijały nas własne cienie. Jeszcze jacyś spóźnialscy przebiegali po mokrych chodnikach. Młodzież śpiesząca na imprezę. Lampy mrugały od napięcia. Jesień.
Kroczyłyśmy w milczeniu. Zaczęłam się zastanawiać, po co ona w ogóle na mnie czekała skoro teraz milczy.
Powoli zbliżałyśmy się do skrzyżowania, które prowadzi prosto do jej domu.
- Dlaczego nic mi nie powiedziałaś? - odezwała się w końcu.
Spojrzałam na nią, naprawdę nie wiedząc o czym ona do mnie mówi.
- Nie powiedziałaś, że wyjeżdżasz - sprostowała widząc, że nie wiem.
- Czemu miałam ci o tym mówić?
Zatrzymała się, więc również to uczyniłam. Miała zwilżone włosy, które w skutek tego jeszcze bardziej się sfalowały. Wpatrywała się we mnie uporczywie.
- Zniknęłaś bez uprzedzenia. Myślałam, że na zawsze.
- Jak widać, myliłaś się - uśmiechnęłam się niewyraźnie. O co w tym wszystkim chodziło?
- Nikt nie chciał mi powiedzieć, gdzie pojechałaś - chyba zaczynała się unosić. Panna pewna siebie, dawała się ponieść emocjom?
- I co byś zrobiła z taką informacją? Pojechała za mną?
Znów milczenie.
- Znów u NIEJ byłaś, prawda?
- Nawet gdyby, to co? - zaczynało mnie to irytować. Nie widziałyśmy się tyle czasu, a i wcześniej już nie łączyło nas żadne zobowiązanie, i teraz przychodzi i robi mi wyrzuty?
Złapała mnie za rękę, mocno przyciągnęła do siebie i pocałowała. Zawsze tak robiła. Tylko na sekundę moje kolana zrobiły się niewyobrażalnie miękkie. Przynajmniej taką miałam nadzieję, że to tylko chwila.
- Co ty wyprawiasz? - odsunęłam się od niej. Wiedziałam co robi. - Znów ci nie wyszło z kimś "kompatybilnym"? - ja byłam tylko częścią zapasową, kimś "w razie czego".
- Nie mów tak - zażądała. - Przecież to nie tak.
- Więc jak?
- To ty wyjechałaś bez słowa. Znów pojechałaś do tego dziecka! 
- Nie wciągaj ich w to. Przecież od pół roku napastowałaś mnie wraz z tymi swoimi dziewczynkami, które całkowicie ci ulegają. Czy nie tak powiedziałaś? "Z nią mam szansę stworzyć coś trwałego, ona daje mi to czego potrzebuję". 
- To nie były dziewczynki - poprawiła mnie. - Jedna kobieta. Naprawdę wydawało mi się, że z nią będzie mi lepiej.
- To czemu teraz tutaj stoisz? Czemu znów mnie męczysz?
- Ponieważ nie mogę znieść myśli, że pojechałaś bez słowa. Znów wolałaś ją ode mnie! 
- Byłaś zajęta swoją nową kobietą!
- Co z tego?
- Co z tego?! Czy ty się w ogóle słuchasz? 
- Mae - złapała mnie za rękę. - Miej dla mnie trochę wyrozumiałości.
- Trochę wyrozumiałości?! - wyrwałam swoją rękę. - Tobie się chyba naprawdę popierniczyło! Przecież zawsze byłam na twoje zawołanie. Zostawiałaś mnie od tak, dla kogoś "z kim stworzysz coś trwałego", a ja czekałam. Jak głupia, zawsze czekałam, aż wrócisz. Pamiętasz ile czasu mnie zwodziłaś?
- Nie wyciągajmy tego, proszę...
- Powiedz mi lepiej czego ode mnie chcesz - odwróciłam się bokiem. Nie chciałam na nią patrzeć. Czułam jak w żołądku rodzi mi się złość. Bałam się, że kolejne słowo będzie ostatnim, tym, którego już nigdy nie cofnę. Nie chciałam ciągnąć tej rozmowy. Miałam dwa wyjścia - zostawić ją na zawsze lub przyznać się, że nadal coś do niej czuję. Moi znajomi wiele razy powtarzali mi, że powinnam to skończyć, że to patologiczny związek. Nie umiałam temu zaradzić. Ona miała w sobie coś, co przyciągało mnie jak magnez. Nie chodziło tylko o ciało i seks. Ale ona wolała kogoś kto poddawał jej się całkowicie, ja miałam czelność mieć własne zdanie.
- Chcę wiedzieć, dlaczego mnie tutaj zostawiłaś bez uprzedzenia, już to mówiłam.
- A ja odpowiedziałam.
- Nie... chcę wiedzieć... chcę wiedzieć czy w ogóle o mnie myślałaś siedząc u niej? - Znów się do mnie zbliżyłaś.
Zacisnęłam pięści.
- Czy chciałaś wrócić? Było ci smutno? Tęskniłaś? - położyła mi dłoń na policzku.
Nadal nie odpowiadałam. Chciałam! Tęskniłam przez całe pół roku. Przez cały ten czas, gdy ona śmiała mi się w twarz przychodząc do kawiarni z tamtym chuchrem. Jednak nie mogłam jej tego powiedzieć.
- Mae, proszę, wybacz mi znów. Daj nam szansę - wplotła swoje place w moje mokre kosmyki.
- Ile razy jeszcze ? - spytałam cicho.
- To brzmi okropnie, nie mów tak - pociągnęła mnie lekko za włosy.
- To jak mam mówić? - odchyliłam głowę do tyłu.
- W ogóle o tym nie mów.
Wpatrywałam się w nią kątem oka. Była szalona. Jej duma przysłaniała jej całą sprawę, przysłaniała jej uczucia. Ileż razy będę w stanie to znosić?
- Nie mogę... - chwyciłam jej dłoń i zmusiłam, by mnie puściła. - Naprawdę... - ruszyłam w swoją stronę.
- Mae, bądź dla mnie wyrozumiała. Czekałam na ciebie przez te dwa miesiące, nie mając pojęcia czy kiedykolwiek wrócisz! - ruszyła za mną.
- I myślisz, że to takie wielkie poświęcenie?! Wiesz przez ile czasu ja czekałam, aż zwrócisz na mnie uwagę? Ile razy obawiałam się, że naprawdę wolisz te poczwary? Myślałam, że już skończyłyśmy. Tak powiedziałaś pół roku temu. "To skończone, nie mamy szans".
- Byłam zamroczona. Trochę zrozumienia, kto jak kto, ale ty powinnaś to zrozumieć.
- A to niby czemu?
- Przecież też miewałaś przygody.
- Oczywiście, ale nie kiedy byłam z tobą! 
- Czy to ważne kiedy? 
- Tak! Cholera, Konstancja! - odwróciłam się w jej stronę. - To ma ogromne znaczenie.
- Nie możemy puścić tego w niepamięć? Tęsknie za tobą - w końcu to powiedziała. Chciałam się uśmiechnąć, ale byłam zbyt rozgniewana. Zbyt słaba. Też tęsknie - cisnęło mi się na usta.
- Idź do domu - powiedziałam.
Stałyśmy na środku skrzyżowania wpatrując się w siebie. Żadna z nas nie chciała ruszyć w swoją stronę. Postanowiłam to zakończyć. Ruszyć pierwsza.
- Mae...
- Nie - odwróciłam się i ruszyłam w swoją stronę. Szłam szybko, jak zwykle. W głowie miałam huragan myśli i odczuć. Wszystkie były sprzeczne. Byłam ogromnie zła, wręcz wściekła. Jak mogła przyjść i zrobić mi awanturę?! Przecież to ona postanowiła zakończyć nasz związek. I teraz miała czelność czepiać się mojego życia. Wymagać wyrozumiałości?
Nie odwróciłam się, wiedziałam, że za mną nie idzie. Za zakrętem zaczęłam biec. Miałam nadzieję, że to mnie uspokoi, pomoże zebrać myśli. Chciałam się zawrócić. Wytłumaczyć się, wyjaśnić, przebaczyć. Pragnęłam przyznać, że tęsknie. Zacząć ją całować, rozbierać. Zaciągnąć ją do domu, rozebrać i ponownie zbadać wklęsłości jej ciała. Zobaczyć, czy ta głupia dziewczynka w jakiś sposób zapisała się na jej ciele. Zmazać skazę, wyczyścić całe ciało, doprowadzić do wrzenia. Mogłyśmy to zrobić, nasze ciała były jak dwa mieszające się ze sobą kremy. Nawet nasze osobowości współgrały w takich momentach. Nie mogłam do tego dopuścić, znów dałabym się złapać w jej sidła. Na pewno jej wybaczę, wysłucham wszystkiego (niekoniecznie przeprosin), ale nie dzisiaj. Nie mogłam dziś na to pozwolić. Nie po tym jak zrobiła mi awanturę o moje ukochane Maleństwo. Nie wtedy, gdy znów próbowała pokazać kto dominuje. Byłam taka zła! Jak mogłam do tego dopuścić?
A to miał być taki piękny dzień.
Wpadłam do domu, rzuciłam palto na szafkę. Zaczęłam chodzić po przedpokoju. W jedną i drugą stronę. Chodziłam tak, póki nie zużyłam całej tej negatywnej energii. Gdy już byłam odrobinę zmęczona, usiadłam na podłodze i oddałam się medytacji. Oczyszczenie myśli to podstawa. Pozwoliłam wszystkiemu płynąć. Czułam emocje, każdą w innej części ciała. Cała złość gromadziła się w żołądku, radość w płucach. W końcu udało mi się uspokoić w zupełności, oczyścić myśli.
Odetchnęłam. Wykorzystałam pozytywne odczucia, które gromadziły się w moich oddechu.
Jeszcze była szansa, że to będzie piękna noc.