piątek, 26 września 2014

Z pozoru piękny dzień.

Piękny dzień - pomyślałam wystukując rytm w 3/4 o blat stołu. Za oknem padał deszcz, ale wbrew pozorom przyjemna pogoda panowała na zewnątrz. Pomyślałam, że to piękny dzień, bo za niedługo miał przyjść Pan Daniel. Taką miałam nadzieję, że nie zmienił swoich zwyczajów. Jakże okropnie by było dowiedzieć się, że porzucił swój stary zwyczaj zaglądania tutaj, siadania w swoim ulubionym miejscu! Komu ja wtedy podawałabym kawę, z kim ucinałabym sobie krótkie pogawędki o życiu i ludziach?
Obracałam swoją nową zabawką, przyglądając się nowym twarzom. Nie było mnie niecałe dwa miesiące, a tylu ludzi dołączyło do grona gości. Właściwie codziennie pojawiał się ktoś "nieznajomy"; zastanawiałam się na ile zostaną. Najczęściej byli to jednorazowi goście. Tymi przejmowałam się mniej.
Przetarłam ladę ścierką. Już piąty raz w ciągu tych dziesięciu minut, podczas których w pomieszczeniu nic się nie zmieniło. Niektórzy siedzieli wciśnięci w sofy, rozmawiali przyciszonymi głosami, inni mieli całkowicie otwartą postawę, śmiali się i wymachiwali rękami. Każdy wyglądał na zadowolonego z obecnej sytuacji. Również nie zwracali uwagi na deszcz za oknem. Nie była to ulewa, zwyczajna mżawka. Jesień się zbliża.
Drzwi się otworzyły i w progu zjawił się wyczekiwany przeze mnie gość. Jakże cudownie było zobaczyć go po tak długiej przerwie. Rozejrzał się powoli, jakby czegoś szukał. Kiwnęłam do niego głową i uśmiechnęłam się.
- To co zawsze? - upewniłam się i już zaczęłam przygotowywać ulubioną kawę Pana Daniela.
Pan Daniel zajął swoje ulubione miejsce, które o tej porze zawsze było puste. Stali bywalcy wiedzieli, że tylko on może tam siedzieć w tych godzinach. Gdy przychodził ktoś nowy, podchodziłam i grzecznie prosiłam, by zmienił miejsce.
W naszej kawiarni można dostać naprawdę różnorodną kawę. W większości jest ona przygotowywana przez ludzi do tego wyznaczonych, ale dla Pana Daniela kawę przyrządzam sama, osobiście. Mielę ziarna kawy, ponieważ wszystko musi być świeże i jak najlepszej jakości. Nastawiam kawiarkę, aby zaparzyć napar. Proszę kogoś aby ubił mi trochę śmietany, sama w tym czasie ubijam chłodne mleko z cukrem i czekoladą. Wkładam blender do miseczki i pilnuję by masa była gładka, bez najmniejszych skaz. Przekładam ją do filiżanki i zalewam gorącym naparem kawowym. Całość dekoruję ubitą śmietaną, delikatnie sypię jeszcze czekoladę na wierzch, ponieważ Pan Daniel kocha ten afrodyzjak. Filiżankę wraz z łyżeczką kładę na czarny spodek. Na drugi talerz nakładam szarlotkę, jeszcze ciepłą, bo niedawno wyciągnięta z pieca. Biorę obydwa talerze i udaję się w stronę stołu Pana Daniela. Kładę przed nim zamówienie i dosiadam się naprzeciwko. 
- Więc wróciła moja podróżniczka? - zaczął wesoło. Ten człowiek jest niesamowity, zawsze napawa mnie energią do pracy. - Opowiadaj, co tym razem odkryłaś? - upija łyk kawy i przymyka oczy. Otwiera i zamyka usta, jakby bał się, że jakaś kropla spłynie mu po brodzie albo zostanie na wargach.
Zaczynam snuć swoją opowieść. Nie waham dzielić się z nim swoimi przeżyciami i obawami. On słucha mnie spokojnie, czasami rzucając jakiś zabawny komentarz. W między czasie zjada swoje ciasto. Widzę, że mu smakuje. 
Ożywiam się coraz bardziej, gestykuluję dłońmi, jak to mam w zwyczaju, gdy za bardzo wczuję się we własną opowieść. Cieszę się tą możliwością, bo Pan Daniel wie o czym mówię. Sam w młodości zdobył wiele szczytów, więc wie, jak to wygląda. I jest bardzo doświadczony życiowo, więc może mi poradzić w sprawach, o których ja nie mam najmniejszego pojęcia. Kładzie dłoń na mojej ręce i uśmiecha się do mnie pokrzepiająco. Kręcę głową, nie potrzebuję pokrzepienia. Czuję się fantastycznie, odrobinę jestem pogubiona w tej codzienności, ale mile wspominam każdy dzień spędzony między skałami. Nawet opuszczenie po raz kolejny Maleństwa nie jest już dla mnie takie trudne, choć chciałabym zostać z nimi na dłużej. Nie, jestem wesołą osobą, która ma wiele od życia. Mówię mu o tym, chociaż oboje to wiemy. 
- A chcesz usłyszeć o tym co się działo, gdy cie tutaj nie było? - pyta w końcu, widać, że garnie się do tego, by teraz zabrać głos. I muszę przyznać, że z wielką ochotą słucham jego głosu. Pan Daniel ma niesamowicie ciekawą intonację, od razu wiadomo gdzie stawia się akcenty w słowach. 
- Oczywiście, że chcę. Panie Danielu, tyle czasu mnie tutaj nie było! - ucieszyłam się, że mi o wszystkim opowie.
I opowiada. O nowych ludziach, którzy zadomowili się w naszej kawiarni. O pracowniku, który okazał się gapą i wszyscy wypominali mu wypadek z filiżanką i ciastkami. O moich znajomych, których tak dawno nie widziałam. Dosłownie o wszystkim. Siedzieliśmy tak prawie dwie godziny, tylko od czasu do czasu opuszczałam go, by obsłużyć kogoś nowego. Na szczęście dziś nie było za dużo ludzi.
Byłam w wyśmienitym nastroju, gdy Pan Daniel opuszczał progi kawiarni. Sprzątnęłam jego talerze, umyłam stół. Z radością spoglądałam na zegarem. Została niecała godzina do zamknięcia. Miałam w planie po drodze do domu wstąpić do Sam, umówić się na jakieś pogaduchy lub zebrać ekipę na jakąś małą zabawę. Wizja wieczoru rysowała się przede mną bardzo wyraźnie. Wiedziałam co zrobię i jak. Czułam przeogromną ochotę usiąść w swoim fotelu i opisać swoją przygodę w Szkockich górach. Zaczęłabym pisać, poczekałabym, aż moja nowa znajoma wróci z wydarzenia, które miało miejsce w jej mieście. Zastanawiałam się, czy dobrze bawi się na pokazach i czy faktycznie wróci na tyle wcześnie, byśmy jeszcze wymieniły kilka zdań.

kawa po wiedeńsku


Rozmyślając nad tą nową relacją i jej możliwościami przetrwania nie zauważyłam, gdy weszła znajoma mi kobieta. Prawdopodobnie nie zwróciłabym na nią uwagi zajęta własnymi myślami, gdyby nie stanęła przy ladzie, tuż przede mną. Uniosłam wzrok, ale to nie ja wyglądałam na zaskoczoną. Właściwie, nie byłam zdumiona. Wiedziałam, że prędzej czy później znów tutaj przyjdzie. Nie mogłam tylko określić czy się cieszę, czy nie. Minęło sporo czasu, odkąd łączyło nas coś gorącego i ponętnego. Przez ostatni czas byłam po prostu zabawką, kimś, kto z łatwością usuwał cały jej stres. I teraz znów stała przede mną, zdziwiona tym, że widzi mnie w moim miejscu pracy.
- Co podać? - zapytałam otrząsając się ze swoich myśli. W miarę możliwości chciałam zostać profesjonalna. Nie wszyscy muszą o wszystkim wiedzieć.
Popatrzyła na mnie jakbym była głupia. To prawda, wiedziałam co zazwyczaj pija, ale przecież to mogło się zmienić. Wolałam zapytać.
- Espresso Corretto - usiadła przy stoliku po prawej stronie. Podałam kartkę z zamówieniem młodszemu koledze, który od razu zabrał się do pracy. Co i rusz spoglądał na naszą klientkę, lecz ona nie zwracała na niego uwagi. Jakżeby mogła? Taka wyniosła, zainteresować się takim młokosem? Zerkałam na nią co jakąś chwilę, za to przez cały czas czułam jej wzrok na sobie.
Chłopak podał mi małą filiżankę wzięłam ją i poszłam w stronę stolika.
- Mam nadzieję, że będzie smakować - postawiłam kawę przed nią. - W czymś jeszcze mogę służyć? - dodałam po chwili.
- Poczekam na ciebie aż skończysz - odparła. - Znajdziesz dla mnie chwilę, prawda?
- Oczywiście.
Przez resztę czasu nie zwracałam na nią uwagi, zajęta czynnościami porządkowymi. Wszystko należało odstawić na swoje miejsce, umyć i przygotować na następny dzień.
- Krystek, pozamykasz wszystko? - spytałam chłopaczka. Ten przytaknął i złapał klucze, które rzuciłam w jego stronę. - To do zobaczenia po weekendzie - założyłam swoje pomarańczowe palto i wyszłam.
Konstancja stała oparta o poręcz. Faktycznie czekała, przez cały ten czas.
- Odprowadzę cię do domu - rzuciłam przechodząc obok niej.
Ruszyłyśmy przed siebie. Deszcz nadal kropił, dookoła było już ciemno. Szłyśmy w ciszy, co chwilę mijały nas własne cienie. Jeszcze jacyś spóźnialscy przebiegali po mokrych chodnikach. Młodzież śpiesząca na imprezę. Lampy mrugały od napięcia. Jesień.
Kroczyłyśmy w milczeniu. Zaczęłam się zastanawiać, po co ona w ogóle na mnie czekała skoro teraz milczy.
Powoli zbliżałyśmy się do skrzyżowania, które prowadzi prosto do jej domu.
- Dlaczego nic mi nie powiedziałaś? - odezwała się w końcu.
Spojrzałam na nią, naprawdę nie wiedząc o czym ona do mnie mówi.
- Nie powiedziałaś, że wyjeżdżasz - sprostowała widząc, że nie wiem.
- Czemu miałam ci o tym mówić?
Zatrzymała się, więc również to uczyniłam. Miała zwilżone włosy, które w skutek tego jeszcze bardziej się sfalowały. Wpatrywała się we mnie uporczywie.
- Zniknęłaś bez uprzedzenia. Myślałam, że na zawsze.
- Jak widać, myliłaś się - uśmiechnęłam się niewyraźnie. O co w tym wszystkim chodziło?
- Nikt nie chciał mi powiedzieć, gdzie pojechałaś - chyba zaczynała się unosić. Panna pewna siebie, dawała się ponieść emocjom?
- I co byś zrobiła z taką informacją? Pojechała za mną?
Znów milczenie.
- Znów u NIEJ byłaś, prawda?
- Nawet gdyby, to co? - zaczynało mnie to irytować. Nie widziałyśmy się tyle czasu, a i wcześniej już nie łączyło nas żadne zobowiązanie, i teraz przychodzi i robi mi wyrzuty?
Złapała mnie za rękę, mocno przyciągnęła do siebie i pocałowała. Zawsze tak robiła. Tylko na sekundę moje kolana zrobiły się niewyobrażalnie miękkie. Przynajmniej taką miałam nadzieję, że to tylko chwila.
- Co ty wyprawiasz? - odsunęłam się od niej. Wiedziałam co robi. - Znów ci nie wyszło z kimś "kompatybilnym"? - ja byłam tylko częścią zapasową, kimś "w razie czego".
- Nie mów tak - zażądała. - Przecież to nie tak.
- Więc jak?
- To ty wyjechałaś bez słowa. Znów pojechałaś do tego dziecka! 
- Nie wciągaj ich w to. Przecież od pół roku napastowałaś mnie wraz z tymi swoimi dziewczynkami, które całkowicie ci ulegają. Czy nie tak powiedziałaś? "Z nią mam szansę stworzyć coś trwałego, ona daje mi to czego potrzebuję". 
- To nie były dziewczynki - poprawiła mnie. - Jedna kobieta. Naprawdę wydawało mi się, że z nią będzie mi lepiej.
- To czemu teraz tutaj stoisz? Czemu znów mnie męczysz?
- Ponieważ nie mogę znieść myśli, że pojechałaś bez słowa. Znów wolałaś ją ode mnie! 
- Byłaś zajęta swoją nową kobietą!
- Co z tego?
- Co z tego?! Czy ty się w ogóle słuchasz? 
- Mae - złapała mnie za rękę. - Miej dla mnie trochę wyrozumiałości.
- Trochę wyrozumiałości?! - wyrwałam swoją rękę. - Tobie się chyba naprawdę popierniczyło! Przecież zawsze byłam na twoje zawołanie. Zostawiałaś mnie od tak, dla kogoś "z kim stworzysz coś trwałego", a ja czekałam. Jak głupia, zawsze czekałam, aż wrócisz. Pamiętasz ile czasu mnie zwodziłaś?
- Nie wyciągajmy tego, proszę...
- Powiedz mi lepiej czego ode mnie chcesz - odwróciłam się bokiem. Nie chciałam na nią patrzeć. Czułam jak w żołądku rodzi mi się złość. Bałam się, że kolejne słowo będzie ostatnim, tym, którego już nigdy nie cofnę. Nie chciałam ciągnąć tej rozmowy. Miałam dwa wyjścia - zostawić ją na zawsze lub przyznać się, że nadal coś do niej czuję. Moi znajomi wiele razy powtarzali mi, że powinnam to skończyć, że to patologiczny związek. Nie umiałam temu zaradzić. Ona miała w sobie coś, co przyciągało mnie jak magnez. Nie chodziło tylko o ciało i seks. Ale ona wolała kogoś kto poddawał jej się całkowicie, ja miałam czelność mieć własne zdanie.
- Chcę wiedzieć, dlaczego mnie tutaj zostawiłaś bez uprzedzenia, już to mówiłam.
- A ja odpowiedziałam.
- Nie... chcę wiedzieć... chcę wiedzieć czy w ogóle o mnie myślałaś siedząc u niej? - Znów się do mnie zbliżyłaś.
Zacisnęłam pięści.
- Czy chciałaś wrócić? Było ci smutno? Tęskniłaś? - położyła mi dłoń na policzku.
Nadal nie odpowiadałam. Chciałam! Tęskniłam przez całe pół roku. Przez cały ten czas, gdy ona śmiała mi się w twarz przychodząc do kawiarni z tamtym chuchrem. Jednak nie mogłam jej tego powiedzieć.
- Mae, proszę, wybacz mi znów. Daj nam szansę - wplotła swoje place w moje mokre kosmyki.
- Ile razy jeszcze ? - spytałam cicho.
- To brzmi okropnie, nie mów tak - pociągnęła mnie lekko za włosy.
- To jak mam mówić? - odchyliłam głowę do tyłu.
- W ogóle o tym nie mów.
Wpatrywałam się w nią kątem oka. Była szalona. Jej duma przysłaniała jej całą sprawę, przysłaniała jej uczucia. Ileż razy będę w stanie to znosić?
- Nie mogę... - chwyciłam jej dłoń i zmusiłam, by mnie puściła. - Naprawdę... - ruszyłam w swoją stronę.
- Mae, bądź dla mnie wyrozumiała. Czekałam na ciebie przez te dwa miesiące, nie mając pojęcia czy kiedykolwiek wrócisz! - ruszyła za mną.
- I myślisz, że to takie wielkie poświęcenie?! Wiesz przez ile czasu ja czekałam, aż zwrócisz na mnie uwagę? Ile razy obawiałam się, że naprawdę wolisz te poczwary? Myślałam, że już skończyłyśmy. Tak powiedziałaś pół roku temu. "To skończone, nie mamy szans".
- Byłam zamroczona. Trochę zrozumienia, kto jak kto, ale ty powinnaś to zrozumieć.
- A to niby czemu?
- Przecież też miewałaś przygody.
- Oczywiście, ale nie kiedy byłam z tobą! 
- Czy to ważne kiedy? 
- Tak! Cholera, Konstancja! - odwróciłam się w jej stronę. - To ma ogromne znaczenie.
- Nie możemy puścić tego w niepamięć? Tęsknie za tobą - w końcu to powiedziała. Chciałam się uśmiechnąć, ale byłam zbyt rozgniewana. Zbyt słaba. Też tęsknie - cisnęło mi się na usta.
- Idź do domu - powiedziałam.
Stałyśmy na środku skrzyżowania wpatrując się w siebie. Żadna z nas nie chciała ruszyć w swoją stronę. Postanowiłam to zakończyć. Ruszyć pierwsza.
- Mae...
- Nie - odwróciłam się i ruszyłam w swoją stronę. Szłam szybko, jak zwykle. W głowie miałam huragan myśli i odczuć. Wszystkie były sprzeczne. Byłam ogromnie zła, wręcz wściekła. Jak mogła przyjść i zrobić mi awanturę?! Przecież to ona postanowiła zakończyć nasz związek. I teraz miała czelność czepiać się mojego życia. Wymagać wyrozumiałości?
Nie odwróciłam się, wiedziałam, że za mną nie idzie. Za zakrętem zaczęłam biec. Miałam nadzieję, że to mnie uspokoi, pomoże zebrać myśli. Chciałam się zawrócić. Wytłumaczyć się, wyjaśnić, przebaczyć. Pragnęłam przyznać, że tęsknie. Zacząć ją całować, rozbierać. Zaciągnąć ją do domu, rozebrać i ponownie zbadać wklęsłości jej ciała. Zobaczyć, czy ta głupia dziewczynka w jakiś sposób zapisała się na jej ciele. Zmazać skazę, wyczyścić całe ciało, doprowadzić do wrzenia. Mogłyśmy to zrobić, nasze ciała były jak dwa mieszające się ze sobą kremy. Nawet nasze osobowości współgrały w takich momentach. Nie mogłam do tego dopuścić, znów dałabym się złapać w jej sidła. Na pewno jej wybaczę, wysłucham wszystkiego (niekoniecznie przeprosin), ale nie dzisiaj. Nie mogłam dziś na to pozwolić. Nie po tym jak zrobiła mi awanturę o moje ukochane Maleństwo. Nie wtedy, gdy znów próbowała pokazać kto dominuje. Byłam taka zła! Jak mogłam do tego dopuścić?
A to miał być taki piękny dzień.
Wpadłam do domu, rzuciłam palto na szafkę. Zaczęłam chodzić po przedpokoju. W jedną i drugą stronę. Chodziłam tak, póki nie zużyłam całej tej negatywnej energii. Gdy już byłam odrobinę zmęczona, usiadłam na podłodze i oddałam się medytacji. Oczyszczenie myśli to podstawa. Pozwoliłam wszystkiemu płynąć. Czułam emocje, każdą w innej części ciała. Cała złość gromadziła się w żołądku, radość w płucach. W końcu udało mi się uspokoić w zupełności, oczyścić myśli.
Odetchnęłam. Wykorzystałam pozytywne odczucia, które gromadziły się w moich oddechu.
Jeszcze była szansa, że to będzie piękna noc.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz